NAUKA-SALSY-LODX.PODHALE.PL

Forum dyskusyjne
It is currently September 5, 2010, 4:25 am

All times are UTC





Post new topic Reply to topic  [ 1 posts ] 
Author Message
 Post subject: "Zmijowa Harfa" (18/18)
PostPosted: 2006-06-10 12:54:10
Online
Registered User

Joined: 2006-06-10 12:54:10
autor: anna brzezinska
wydawca: spoldzielnia "syff"
tytul: zmijowa harfa
kodowanie: utf8
----------------------------------------------------------------------
Rozdzial osiemnasty
Ocknela sie o mrocznej porze przed switem, gdy nadchodza
najglebsze sny. Ogien na palenisku wygasl, tylko wegle zarzyly
sie jeszcze slabo. Czerwieniecka niewolnica drzemala na nagrzanych
kamieniach. Uchylona okiennica skrzypiala lekko, a z oddali, z Ciesnin
Wieprzy niosly sie spiewne, niecierpliwe swisty bieluch w ich
corocznej wedrowce na poludnie. Niedlugo nastanie czas jesiennych
pozdrowien, przypomniala sobie ze smutkiem. Jesien i zima, po lecie,
ktore trwalo dluzej niz cale moje zycie, a teraz mija
bezlitosnie i nieodwracalnie.
Ze swiatyni Zird Zekruna pociagneli na polnoc, pomiedzy sadami, w
ktorych dojrzewaly jablka, i zagonami zboza przetkanego makami i
chabrem, a jej wydawalo sie, jakby ogarnela ich przezroczysta mgla,
jakby wjechala w kraine basni, gdzie wciaz wszystko jest mozliwe.
Kniax odeslal wiekszosc sluzby, co byla rzecz nieostrozna i
nierozwazna, zostawiwszy przy sobie jednego pacholka i pieciu
pomorckich zabojcow: nie wiecej niz czeladx zwyczajnego szlachcica.
A potem kazal zjechac z glownego szlaku, zas ani zabojcy, ani
ksiezniczka nie probowali odmieniac jego mysli. Trzymali sie wiec
z dala od zamkow i szlacheckich dworcow, z dala od pomorckich
swiatyn i klasztorow. Z dala od calego ogromnego swiata.
Jechali spokojnie i z cicha poprzez kraj, ktorego nie ogladala nigdy
wczesniej. Niewielkie senne wioski witaly ich psim ujadaniem, a zaraz
poxniej kobiety wychodzily naprzeciw z dzbanami swiezego mleka.
Czasem obozowali
pod golym niebem, w osadach smolarzy czy miejscach, ktore nie mialy
nawet wlasnych nazw. Lub stawali przy przydroznych kacinach Cion
Cerena, nie opowiadajac sie ze swoich imion, nie wchodzac nawet w
bramy przybytku. Albo spali w przydroznej gospodzie, nierozpoznani
schodzili do wspolnej izby i siedzieli przy ogniu, sluchajac
opowiesci innych podroznych, poki glowa Zarzyczki nie opadla
sennie na ramie Wezymorda. Wowczas bral ja na rece i odnosil na
poslanie, a potem usypiala obok niego, spokojnym snem bez zwidow, bez
wspomnien Szalonej Ptaszniczki, bez przepowiedni o powrocie zmijow,
bez glosow szepczacych rozkazy pomorckiego boga.
Tak, rozumiala dobrze, ze nie moga bez konca przemierzac
zalnickich traktow, zas sciezki, nawet najmniejsze i najbardziej
krete, predzej czy poxniej zawioda ich do uscieskiej cytadeli i
znow wszystko bedzie jak wczesniej. Jednak w swiatyni, ktora byla
zarowno przybytkiem Bad Bidmone, jak Zird Zekruna, zawarli swoj
wlasny rozejm i miala nadzieje, ze zdolaja w nim wytrwac
chociazby do pierwszych mrozow. Zreszta nie byla to nawet kwestia
miejsca i bogow, tylko drobnej iskierki nadziei, ktora jakims
sposobem dostrzegla tamtej nocy, kiedy jaskolki trzepotaly przy
framudze okna.
Jednak co wieczor szybciej zapadaly cienie, zas rankiem chlod
stawal sie coraz dotkliwszy i na koniec nie mogla dluzej udawac.
Szla jesien, po najdziwniejszym, najdluzszym lecie jej zycia, a ona
sama byla jak pajak pedzony wiatrem na nitce przedziwa. Wiedziala,
ze Wezymord odwleka powrot, wybierajac coraz wezsze sciezki, i
wiedziala, ze robi tak ze wzgledu na nia, ale nawet to nie moglo
trwac bez konca. Wreszcie wyjechali na krolewski trakt, o dzien
drogi od uscieskiej cytadeli. I wtedy Wezymord powiedzial, ze
zamierzaja poslubic.
Miala wrazenie, jakby mury Usciezy, wciaz niewidoczne za
krawedzia horyzontu, ale obecne, zatrzasnely sie nad nia w tamtej
chwili na nowo. Stala przed nim, z potarganymi wiatrem wlosami, w
zwyczajnej bialej sukni kupionej na wiejskim targu, nie pojmujac. Po
trzykroc otwierala usta, zeby sie sprzeciwic, odpowiedziec cos,
obojetne co, i po trzykroc nie znajdowala slow. Zadnych slow.
Przymknela oczy i na wewnetrznej stronie powiek widziala wyraxnie:
Szalona Ptaszniczka, pan cytadeli i wzor, ktory zaczal sie
ostatecznie wypelniac w dniu ich zaslubin. Wszystko powrocilo w
jednej chwili - strach, gorycz i znuzenie. Wiec jednak nie mozna tego
zwalczyc, pomyslala, a cala reszta byla jedynie zludzeniem.
Ostatecznie, pomyslala, nie moglam miec nadziei na nic wiecej:
kazdy rozejm predzej czy poxniej dobiega kresu. Nie jestesmy
dziecmi, wedrujacymi reka w reke przez kraine cudow, lecz
wyrwalismy losowi jedno przedziwne lato i powinnam byc wdzieczna. Za
zapach warzonej nad ogniem polewki, za swobode wodzy w mojej dloni,
wreszcie za cieply blask ognia, kiedy Wezymord powoli zdejmowal ze
mnie biala suknie, jakze odmienna od brunatnych szat, ktore
zwyklam nosic w uscieskiej cytadeli.
Ciekawe, czy wiedzial, pomyslala, jak wiele nocy lezalam bezsennie,
zastanawiajac sie, czy zdolalby mnie powstrzymac, gdybym
siegnela po szpile do ukladania wlosow i wepchnela ja w jego
oko, gleboko, az do mozgu wypelnionego moca Zird Zekruna. Nawet
nie dotykajac palcami chlodnego, zaostrzonego zlota, tylko myslac o
nim bezustannie, noc po nocy. Czy takze owa ciekawosc wyczytal w
moim umysle?
Czasami przerazalo ja, jak dalece zmienila sie od tamtego dnia,
kiedy Szarka postawila ja przed zwierciadlem i pokazala wizerunek
Szalonej Ptaszniczki. Lecz jeszcze bardziej bala sie, ze gdzies na
zapylonych goscincach Zalnikow, pomiedzy przydroznym lopianem,
pokrzywami i kakolem, przeklenstwo Zird Zekruna przestalo byc
przeklenstwem. Tak, byla w tamtej letniej wedrowce niemala moc,
skoro z wolna przestala myslec o glowie swojego ojca obnoszonej na
pice wokol murow rdestnickiej cytadeli. Albo inaczej - starala sie
o niej myslec z calych sil, lecz przychodzilo to z coraz wiekszym
trudem. Pamiec bladla i wiedla jak kwiaty zwiastujace jesien.
Jakby zagubila sie gdzies w letniej wloczedze.
Ponadto zbyt wiele wieczorow przesiedziala we wspolnej izbie, by nie
wiedziec, jakie wiesci powtarzano ze zgroza po gospodach. Ludzie
bowiem gadali smialo. Nie przerazal ich wysoki blekitnooki
szlachcic ani jego pani, ktora tak naprawde wcale nie byla pania,
poniewaz nosila wlosy rozpuszczone na ramionach jak zwykla
ladacznica - ale skoro on postanowil traktowac ja jak szlachetna
dame, poic ze swego kubka i kroic przed nia mieso wlasnym nozem,
dlaczegoz mialoby im to szkodzic? W kazdym razie Zarzyczka
slyszala wystarczajaco wiele o proroku, ktory na skraju Wilczych
Jarow oglosil ja wiedxma. Wiedziala tez, ze wiesc rozeszla
sie szeroko, napelniajac prosty narod osobliwa groza, zas w co
dzikszych okolicach chlopstwo jawnie poczynalo sie burzyc i gadac o
zbrojnej wyprawie przeciwko samemu kniaziowi.
Wlasciwie, pomyslala, wlasciwie nie mozna odmowic im racji.
Jestem wiedxma, pewnym rodzajem wiedxmy. Spogladalam w zwierciadla
boga i rozmawialam ze zmarlymi, a przeklenstwo Zird Zekruna
przemienia mnie powoli w kamien. Kto wie, moze tak wlasnie byloby
dla wszystkich najlepiej - gdyby szalony prorok zdolal zabic mnie
zelaznym ostrzem, nim na dobre obroce sie w skale?
Wezymord jednak z kazda nowa gadka posepnial coraz bardziej.
Nawet ich pierwsza noc nie pozostala niezauwazona i na goscincu
powtarzano ze zgroza, ze wiedxma opetala juz zalnickiego kniazia.
Nie jestes bezpieczna, powtarzal. Kiedy tylko wrocimy w ludniejsza
okolice, kiedy zrzucisz zgrzebna suknie i z powrotem zapleciesz
wlosy w dworskie warkoczyki, kazdy kubek wody podany przez przygodna
niewiaste moze okazac sie zatruty, kazda sluzaca moze ukrywac
noz pod fartuchem.
Po czesci rozumiala tych ludzi - wiedxmy sciagaja nieszczescie
nawet na kes ziemi, gdzie pada ich cien, zas ukoronowana wiedxma
zbrukalaby caly kraj. Podobnie jak rozumiala, ze malzenstwo z
Wezymordem jedynie umocni ludzki strach i przekuje go w prawdziwa
rebelie. On rowniez musial to pojmowac, znala go na tyle dobrze,
by wiedziec, ze zauwaza podobne rzeczy. Ceremonia w uscieskiej
swiatyni nie uciszy proroka, nie zadowoli kaplanow, nie zjedna
zyczliwosci poddanych. Nie przyniesie nic dobrego zadnemu z nich. A
jednoczesnie... jednoczesnie w tamtej zapuszczonej swiatyni
przyklakl przed nia i wlozyl rece pomiedzy jej dlonie w
odwiecznym gescie holdu. I choc wciaz staly za nimi te wszystkie
sily, wszelkie wzorce, majaki, dawne nienawisci i smierci, sadzila,
ze czlowiek, ktorym bylby, gdyby nigdy nie zawedrowal na Pomort i
nie zawarl z Zird Zekrunem tamtego plugawego targu, postapilby
wlasnie w ten sposob. Wzialby ja za zone przed wszystkimi panami
Zalnikow, zgromadzeniem kaplanow i tlumem pospolitej tluszczy, nie
dbajac zupelnie o to, czy jest wiedxma, czy tez nie i czym
przyjdzie im obojgu zaplacic.
W pewien sposob ta mysl byla bardziej gorzka niz wszystkie inne.
Moglam wedrowac z owym nie istniejacym czlowiekiem pod letnim
niebem Zalnikow, pomyslala, przewracajac sie w twardym lozku,
czerpac z nim wode z przydroznych studni i zasypiac na jego
ramieniu. Ale to nie jego mam poslubic jutrzejszego ranka w podziemnym
przybytku boga. Uwierzylam, ze mydlana banka moze mnie niesc w
nieskonczonosc jak letniego pajaka. Zagubilam sie we wlasnych
majakach.
I pokochalam zludzenie, pomyslala cierpko. Zludzenie bezkresnej
wedrowki, letniego zapachu jablek, cieplego ognia. Zludzenie
mezczyzny, ktorego nigdy nie bylo.
To sie wypali, pomyslala ze strachem. Milosc sie wypali i
nienawisc sie wypali, az na koniec nie zostanie zupelnie nic. Nic,
procz wspomnienia ostrego haka, wylowionego z glebi wspomnien
Szalonej Ptaszniczki. „Moje wlosy sa wystarczajace dlugie, by
uplesc z nich sznur, ktory nie za-rwie sie pod ciezarem ciala" -
tak, pamietala kazde slowo.
Jeszcze nie teraz, pomyslala. Kiedy Wezymord skonczyl mowic,
stala przed nim, skamieniala ze zdumienia i strachu. Jak daleko
potrafila siegnac pamiecia, korytarze uscieskiej cytadeli
rozbrzmiewaly pogloskami, ze w stosownym czasie kniax poslubi ja
wedle zalnickiego obyczaju. Spodziewala sie, ze podobny dzien
nadejdzie. Lecz nie przewidziala, ze spadnie na nia niby zacmienie
wienczace owa sloneczna, letnia wedrowke. Jak przez mgle
slyszala Wezymorda, mowiacego, ze jedynie tym sposobem moze
kupic jej bezpieczenstwo.
Slyszala tez to, czego nie mowil - stek bzdur o honorze kobiety, z
ktora dzielilo sie poslanie, o tym, jakim mianem nazywa sie
podobne kobiety i ich plod. Jak miala mu wytlumaczyc, ze w
chlodnych salach uscieskiej cytadeli, gdzie nigdy nie cichna
polnocne wichry, zadnemu z nich nie pozostanie honor, poniewaz
zadne z nich nie bedzie dluzej zylo? Rozejm prysnie jak mydlana
banka, sploszony chropowatym graniem rogow. Zostanie tylko
dziedziczka dawnych kniaziow i potomek piratow wyniesiony na tron z
woli Zird Zekruna.
Nie rob mi tego, pomyslala, czujac, jak jej usta drza od
powstrzymywanego placzu. Nie niszcz nas w ten sposob, nie sprowadzaj
na nas nieszczescia z powodu milosci, ktorej zadne z nas nie
wybralo, na ktora nas skazano szyderstwem Zird Zekruna. Na ktora
zadne z nas nie zasluzylo, dodala na koniec w myslach, i to bylo
zbyt wiele. Rozplakala sie, czujac jego usta na swoich wargach, na
powiekach i policzkach. Zaniosl ja do namiotu, nakryl soba,
delikatnie i jak podczas wielu innych nocy, poprowadzil znajomym rytmem
poprzez ciemnosc, ku snom bez widziadel i strachow. Lecz rankiem
zatrzasnely sie za nimi wrota uscieskiej cytadeli.
Dzisiejszej nocy nie bylo obok niej Wezymorda. Zwyczaj kazal, by
przy narzeczonej czuwaly doswiadczone niewiasty, chroniac ja przed
zawiscia zlych duchow i nocnym urokiem, ale Zarzyczka nie zgodzila
sie, by zostal przy niej ktokolwiek procz starej niewolnicy. Nie
chciala czuc na sobie pelnych litosci spojrzen matron, ktore
widzialy w niej jedynie corke Smardza, wbrew swej woli wiedziona do
odstreczajacego slubowania. Prawda byla taka, ze jakas jej
czesc oczekiwala go z calego serca - zlotego pierscienia i glosu
Wezymorda, kiedy wexmie ja przed swiatem za prawa malzonke. On
jeden, pomyslala, on jeden nigdy nie patrzyl na mnie jak na brzydka,
niezgrabna kuternozke, naznaczona przeklenstwem Zird Zekruna. On
jeden wzial mnie bez slowa sprzeciwu, podczas kiedy wiesniacy
oslaniaja twarze przed moim spojrzeniem, a moj wlasny brat z trudem
tylko powstrzymuje wstret, kiedy go dotykam.
Kolejne klamstwo, pomyslala, oblizujac spieczone od zlych snow
wargi. Nie ma w tym zadnej zaslugi Wezymorda, ktory wypelnia
jedynie klatwe, zamknieta w ksztalcie dwoch przezroczystych
strzalek Fei Flisyon.
Niewolnica wciaz spala na poznaczonych popiolem kamieniach.
Ksiezniczka uniosla sie na lokciu, ostroznie, aby Jej nie budzic,
nalala nieco wody w spizowy kubek. Pila powoli, rozkoszujac sie
chlodnymi lykami. Z holu cytadeli wciaz dobiegaly odglosy
biesiady. Nie przypuszczala, aby Wezymord radowal sie uczta
bardziej niz ona, ale pomorccy frejbiterzy mieli swoje obyczaje, zas
zalnicka szlachta od bardzo dawna nie ogladala kniaziowskiego
weseliska. Miala wrazenie, ze pol kraju sciagnelo do stolicy,
aby przyjrzec sie, jak corka starego Smardza zostanie poprowadzona do
loznicy Wezymorda. W tym jednym zdolalismy ich oszukac,
usmiechnela sie krzywo, wspominajac trzepotanie jaskolek i
slodki, letni zapach miodownika, werbeny i lawendy.
Siegnela po omacku ku skrzyni pod sciana i przez chwile macala
niepewnie wsrod szklanych flakonow. Kufer alchemiczki, do ktorego
nie osmielaly sie siegac wscibskie sluzebne, pomyslala z
przekasem, gdzie truchlo zaby spoczywa obok szlachetnych kamieni,
okopcony ogarek obok zaklec do transmutacji metali. Naprawde jednak
jej skarby bywaly znacznie niebezpieczniejsze niz wysuszone zaby.
Niektore z naczyn kryly ciezkie, poludniowe pachnidla i wonne
olejki, inne zas, starannie wmieszane pomiedzy tamte, rzadkie,
skalmierskie trucizny, zywe srebro czy kwas, ktory przezeral na
wylot gruba deske. Wkrotce jej palce rozpoznaly wysmukly, znajomy
ksztalt. Pogladzila wzor z wtopionych w scianki rdzawych nici
zelaza i gwaltownie wciagnela powietrze.
Znala je tylko z kart ksiag, bezksztaltne, pokryte kora i porostami
brazowe stwory o obliczach przeslonietych przypominajacymi kaptur
platami. Mieszkaly w puszczach, podobne bardziej ulamanym pienkom
niz zywym istotom, samotne, milczace, nieruchome, obrosniete mchem.
Po lesnych osadach wierzono, ze widza swoimi niewidzacymi oczyma
przyszlosc. Kaplani zas straszyli,
ze ten, kto sprobuje zajrzec w swoje przeznaczenie, nigdy nie zazna
spoczynku, a jego dusza zostanie po smierci uwieziona w mchach.
Zarzyczka wzdrygnela sie. To byla stara, bardzo stara magia, ktora
nalezala do mchowych od poczatku swiata, gdy, jak powiadano,
obdarzyla ich nia bogini, jedna z owych pradawnych, bezimiennych
bogow, ktorzy mieszali boskie z ludzkim i stworzyli swiat.
Zelazne nici ukladaly sie w ksztalt galezi relei, a na pieczeci
zamykajacej szyjke naczynia odcisnieto znak jej matki. Ksiezniczka
wiele razy ogladala je w swietle dnia i nad ogniem, lecz nie
dostrzegla nic procz bialawego metnego plynu, ktory wydawal sie
ze szczetem zwyczajny. Nigdy jednak nie odwazyla sie zlamac
pieczeci i nie wiedziala, dlaczego jej matka mialaby ukryc napitek
mechszycy wsrod flakonow z pachnidlami.
Ale teraz, pomyslala, drzac pomiedzy chlodnymi przescieradlami,
teraz znow potrzebuje odpowiedzi. Nie wspomnien Szalonej Ptaszniczki,
nie legend o Thornveiin, ale wiedzy o moim wlasnym losie. Jesli
mechszyca pochlonie moja dusze, niech tak bedzie. Nie mam nic
innego, za co moglabym utargowac przyszlosc.
Z nagla przypomniala sobie opowiesc o Thornveiin, ktora wymknela
sie ze Spichrzy, by spytac mechszyce o swoje przeznaczenie. Niech
wiec tak bedzie, powtorzyla, przelamujac pieczec. Matki daja
corkom rozne weselne dary, a moja pozostawila mi smierc. I
wiedze.
Wyschniety wosk kruszyl sie jej w palcach, zas sok galezi relei
byl cierpki, gorzkawy. I nie wydarzylo sie zupelnie nic, jedynie
niecierpliwe swisty bieluch zdawaly sie coraz silniej napierac na
okna. Lezala, nie mogac zasnac, poki swit nie pobielal w
drobnych szybkach. Wowczas sluzace przyniosly odswietny stroj,
umyly ja i uczesaly, spiewajac weselne piesni, zas na progu
komnaty czekal orszak, ktory mial ja zaprowadzic do swiatyni.
Nawet gdy przechodzila przez prog, z dumnie uniesiona glowa,
odprowadzana ciekawym wzrokiem szlachetnych pan i ledwo skrywanym
szyderstwem kaplanow - gdyz jednak byla corka zalnickich
kniaziow i nie przywykla spuszczac wzroku przed mniejszymi od siebie
– nawet wtedy miala nadzieje, ze sok galezi relei uniesie ja
poza te komnate i ten dzien. Nic podobnego sie nie stalo. Widziala
bardzo wyraxnie kazda glowe pochylona w uklonie, kazda ostro
wyrzexbiona arabeske na filarach korytarza. Jej szata byla z
bialego zlotoglowiu, tak ciezka od perel i zlotych nici, ze dwie
z pan musialy prowadzic ja pod lokcie. Posadzono ja na
podwyzszeniu, na tronie kunsztownie rzexbionym w ciemnym kamieniu,
obok Wezymorda.
Przed zwierzchnikiem uscieskiego przybytku, na poduszce z czerwonego
adamaszku, spoczywal wysoki diadem zalnickiej kniahini.
Powietrze w przybytku bylo duszne i lepkie. Z trudem podazala za
slowami slugi Zird Zekruna, kiedy wyglaszal nad nia kolejne
blogoslawienstwa; wzdrygnela sie, gdy nazwal ja oliwnym szczepem
i winna latorosla. Potem kazano jej ukleknac przed oltarzem.
Wezymord patrzyl wprost na nia, wsuwajac na jej palec waski,
prosty pierscien, a jego oczy byly tak niewiarygodnie blekitne, ze
przez chwile nie widziala nikogo wokol i znow czula letni zapach
jablek i suchy kurz na zapomnianej sciezce, gdzies posrodku
Zalnikow.
A potem wlozono jej na skronie diadem zalnickiej kniahini. Nie
zapamietala reszty ceremonii. Podczas uczty widziadlowe twarze ze
wspomnien Szalonej Ptaszniczki nakladaly sie na oblicza siedzacych
obok biesiadnikow i czasami nie potrafila odroznic, co jest jawa,
a co snem, co sie juz zdarzylo, a co sie dopiero zdarza. Podobne
toasty, zyczenia, podarki. Podobne nabrzmiale od wina twarze z
przyczajonym w kacikach oczu pytaniem. Powinnam tez sie upic,
pomyslala z roztargnieniem. Tego po mnie oczekuja. Rozpaczy, lez,
przeklenstw. Widowiska - wszak nie co dzien corka zamordowanego
kniazia poslubia morderce ojca.
Nie osmielala sie nan patrzec. Jej umysl byl przed nim otwarty na
osciez.
Kiedy rogi odegraly polnoc, niewiasty wyprowadzily ja z biesiadnej
sali i powiodly do obcej komnaty, gdzie jak kukielke rozebrano ja z
weselnej sukni, rozczesano wlosy. Wciaz byly przy niej - nieznane
cierpliwe kobiety o wspol-
czujacych obliczach, ktore dotykaly jej lekko, jakby z
niedowierzaniem. Z rzadka pytaly o cos niespokojnym glosem, lecz nie
nalegaly, kiedy milczala. Zony najszlachetniejszych panow Zalnikow
znaly swoja powinnosc, a zaslubinami zalnickich kniaziow
rzadzil obyczaj, rownie stary jak samo wladztwo.
Wykapano ja w letniej wodzie, w ktorej plywaly rozane platki.
Kiedys, dawno temu, bylyby to platki jabloni zebrane przed switem w
ogrodach Bad Bidmone, lecz nikt nie powazyl sie na podobna rzecz w
cytadeli Wezymorda. Tylko jedna z niewiast, przysadkowata i czerwona
na twarzy, dosypala ukradkiem do wody garsc zeschnietych kwiatow,
tak pozolklych i zmietych w dloni, ze trudno je bylo rozpoznac.
Zarzyczka podziekowala jej nieznacznym ruchem powiek, choc
wlasciwie bylo to jej zupelnie obojetne.
Natarto ja pachnidlami, na czole, szyi i sercu, szeptano jakies
babskie zaklecia. Potem sluzace przyniosly dluga koszule z
bialego plotna, cienkiego jak pajecza przedza. Nawet to rozstrzyga
ceremonial, przypomniala sobie, kiedy obce rece odziewaly ja w
szate, ktora miala nosic w noc poslubna. Ciemny plaszcz,
rozpuszczone wlosy i moje bose stopy, kiedy bede szla korytarzem
pomiedzy zalnicka szlachta do komnat Wezymorda,
W zadnym razie nie mogl jej tego oszczedzic. Zreszta przychodzila
juz do niego noca, z wlosami luxno rzuconymi na plecach, wbrew
urodzeniu i ksiazecej godnosci, niczym ladacznica. Siadywala na
jego kolanach pomiedzy obcymi ludxmi, w przydroznych gospodach,
grzejac bose nogi w zarze paleniska. I dzielili poslania znacznie
nedzniejsze niz kniaziowskie loze w uscieskiej cytadeli.
Tyle ze wowczas pol krolestwa nie tloczylo sie pod drzwiami
naszej sypialni, pomyslala zgryxliwie.
Korytarz byl prawie ciemny. Przed ksiezniczka postepowalo dwoch
pacholkow z pochodniami, z tylu zas niewiasty, ktore sluzyly jej
tego dnia, i kolejnych dwoch pacholkow z ogniem. Musiala
przemierzyc niemal cala twierdze, nieskonczenie wiele drzwi, a przy
kazdych z nich straze spytaja o jej imie i powod nocnej wedrowki.
Kamienna posadzka byla chlodna i wkrotce jej stopy
zmartwialy z zimna. Nie spogladala na boki, na tlum gapiow, ktorzy
natarczywie sledzili kazdy jej krok. Ogarnelo ja bezkresne
zmeczenie i obojetnosc. Niemal ze zloscia odepchnela
niewiaste, ktora probowala ja podtrzymac, kiedy zachwiala sie na
pojedynczym stopniu, i mocnym glosem wypowiedziala przed straznikiem
swoje imie:
- Zarzyczka, z woli bogow zalnicka kniahini.
I zaraz potem zrozumiala, ze to nie bylo zwyczajne zmeczenie.
Ciemnosc poczela falowac jej przed oczyma, rozmywac sie w
niewyraxna plame zieleni, brazu i czerni, nakrapiana blyskami
swiatla. Krzyknela, gdy ognisty kwiat z sykiem rozchylil sie przed
jej twarza. Ktos podbiegl do niej, pochwycil za ramie, chyba owa
niewiasta o czerwonym obliczu, ktora dosypala platkow jabloni do
kapieli. Zarzyczka wyrwala ramie: nikt nie mial prawa jej dotykac,
nikt procz nowo poslubionego malzonka. Ale nie myslala teraz o
Wezymordzie, tylko o dlugich, ognistych ksztaltach, ktore z wolna
zaciskaly wokol niej swoj taniec. Przymruzyla oczy przed blaskiem,
bijacym nie od pochodni w dloniach pacholkow, lecz z wnetrza jej
rozdygotanego umyslu, ktory coraz mocniej pograzal sie w wizji
mechszycy.
Wszystko jedno, pomyslala, chocby mial mnie wypalic do cna,
wszystko jedno. I zaraz cos posrodku niej peklo, rozchylilo sie
jak platki ognistego kwiatu.
Ostre, bolesne smugi swiatla wirowaly przed nia nawet wowczas, gdy
zamknela powieki, az wreszcie przywykla do nich na tyle, by
siegnac dalej, i uslyszala glosy. Slonce bylo o wyciagniecie
reki, a spiew biegl ku niemu, coraz wyzej i wyzej, by na koniec
stac sie pojedynczym, przeciaglym krzykiem oczekiwania.
Ogien siegnal skrzydel, pochwycil je i spopielil, lecz lot byl
zbyt szybki, a pragnienie zbyt wielkie. Dalej pozostala juz tylko
agonia, krotkie dopalenie sie iskry.
Przeszla nad wysokim kamiennym progiem, ktory wydawal sie tylko
cieniem narzuconym na zupelnie inny odlegly obraz. Za jej plecami
ktos szeptal natarczywe, przyciszone slowa. Twarze gapiow
przyczajonych po obu stronach korytarza zdawaly sie znizac ku niej
jak ciemne wegle wrzucone w plomienie. Ze wszystkich stron, zza
usmiechow, ktore z nagla pekaly w obcych obliczach, z oczodolow
zwierzecych masek wienczacych kapitele kolumn, wygladaly ku niej
owe roziskrzone zlote ksztalty, ktore nieswiadomie przywolala
sokiem galezi relei. Szla wciaz naprzod, choc obraz plomieni
kladl sie mrokiem na powierzchni jej xrenic. Kroki pacholkow
wybijaly na kamiennej posadzce uparty, jednostajny rytm i podazala
za nim, jak slepa kaplanka w drodze ku wyroczni. Uslyszala, jak
kolejne straze pytaja ja o imie i odparla twardo:
- Zarzyczka, z woli bogow zalnicka kniahini.
Potem przeszla nad drugim progiem: policzki miala zaczerwienione od
ognia.
Skorupa plomieni zatrzasnela sie nad nia.
W dole, w aksamitnej ciemnosci slepe, miekkie ksztalty z wysilkiem
przebijaly skorupy jaj. Slyszala ich krzyki, gdy pelzly pomiedzy
czarnymi kamykami ku xrodlu Ilv, ktore wyplywa ze srodka ziemi.
Pily lapczywie, dlugo, odpedzajac sie nawzajem od wody, gdyz
dzielenie nie lezy w naturze. Gdy na niebie wszedl ksiezyc, luski
na ich grzbietach swiecily zlotem i srebrem jednoczesnie.
Widziala tez, jak chodzily pomiedzy ludxmi - slodkie, odurzajace
wino, dxwiek harfy. Innym znow razem i na innych sciezkach -
skrzydla, mlode i silne, ponad swiatem. Az na koniec pragnienie
slonca i ostatniej z piesni stawalo sie zbyt dotkliwe i lecialy
wysoko, najwyzej, by nakarmic soba niebieski ogien.
Ponownie zapadala sie w ich lot ku smierci.
Potknela sie, bolesnie uderzyla bosa stopa w kamien. Glowy
slug Zird Zekruna pochylaly sie przed nia w milczacym uszanowaniu:
przechodzila obok przybytku pomorckiego boga i jej nozdrza uchwycily
watly, odlegly zapach kadzidla. Nieswiadomym gestem sciagnela
na piersiach plaszcz. Od kamieni bilo przenikliwe zimno, zas w
Krainach Wewnetrznego Morza nie pozostal ani jeden ze zmijow,
cokolwiek mowila rozsnuta przed nia wizja mechszycy. Zimne wichry,
pomyslala, zimne wichry znad
Ciesnin Wieprzy, ktore uchwyca nas i poniosa na polnoc, na
zatracenie.
Nie rozumiala, dlaczego mialyby odpowiadac na jej wezwanie. Jednak
czula je, niemal o wyciagniecie palcow, przyczajone w mrocznych
katach korytarza. Zlotosrebrne luski ocieraly sie o kostki jej
bosych stop, kiedy wedrowala po chlodnych kamieniach. Gdy
przechodzila obok otwartego okna, zmijowe harfy graly w polnocnym
wietrze nad ciesninami. Byly tutaj, uspione w cytadeli starej jak
nienawisc pomiedzy Zaimkami i ludem Pomortu, leniwie obracaly sie w
kamiennym snie, kiedy w glebi umyslu szeptala ich imie. Nie
przypominaly martwych, splatanych ksztaltow, ktore spogladaly na
nia z powaly wielkiej sali w noc Zarow. Nie przypominaly niczego,
co widziala wczesniej, ani wizerunkow na pozolklych kartach
kronik, ani opowiesci bardow.
Z szeroko rozwartymi, niewidzacymi oczyma przestapila kolejny prog i
wypowiedziala rytualne slowa:
- Zarzyczka, z woli bogow zalnicka kniahini.
Wokol bylo zimno, bardzo zimno, a mrok gestnial jak platki
sniegu.
Mezczyzna mozolnie brnacy przez zwaly topniejacej kry. Krew
zamarzla, zesztywniala na jego ramieniu w miejscu, ktorego
siegnely wilcze zeby, i wiedzial, ze chociaz przed zmrokiem stado
nie wyjdzie na otwarta przestrzen, nadal podaza za nim, ukryte
nieopodal, za nadbrzeznym pasmem skal. Byli jeszcze krepi,
ciemnoskorzy barbarzyncy, ktorzy w nocy probowali poderznac mu
gardlo.
Poniewaz w oczekiwaniu na to, co mialo nastapic, zalepil uszy
woskiem, nie slyszal nawet ich krzykow. Pod warstwa brudu jego twarz
pobielala, a rysy byly wyostrzam jak u trupa. Zataczajac sie szedl
przed siebie, na polnoc. Byl poczatek wiosny, pora, gdy topnieje
snieg i puszczaja lody. Tam, skad przychodzil, swiezo wysmolowane
okrety niecierpliwie oczekiwaly w portach.
Mial uszy zalepione woskiem i o poranku nie slyszal ich spiewu.
Slonce gralo na powierzchni sniegu, a ich glosy byly jak lodowe
harfy.
Po zmierzchu bezszelestnie krazyly na niebie. Ukryl sie w cieniu
glazow przed ich ogniem i przed ich widokiem. Nad brzegiem morza
zlapal snieznego krolika i pozarl na surowo; krolik mial
cienkie, kruche kosci i byl rownie wychudzony jak mezczyzna.
Znow poczula na sobie rece, ktore popychaly ja naprzod. Poddala
sie obojetnie: naprawde przemierzala zupelnie inne trakty, brnac
tropem Wezymorda wsrod glebokich polnocnych sniegow, na dlugo
przed dniem, kiedy narodzila sie w purpurowej komnacie w rdestnickim
przybytku bogini. Ich oddechy zamienialy sie w powietrzu w drobne
krysztalki lodu, a krew byla bardzo czerwona na topniejacych krach.
Nie idx dalej, ukochany, zaplakala niemo, czujac, jak w jej gardle
wzbiera suchy skowyt, nie idx.
Znad Ciesnin Wieprzy wial lodowaty wicher, a wizja mechszycy pedzila
ja coraz dalej. Dopoki bede szla, pomyslala, nie maja prawa mnie
powstrzymac, bo nikt nie moze zastapic kniahini drogi do jej nowo
poslubionego malzonka. Kazdy ruch ranil, az do kosci, jednak
przestapila kolejny prog i powiedziala glosem, ktory zdawal sie
nalezec do kogos zupelnie obcego:
- Zarzyczka, z woli bogow zalnicka kniahini.
Straze przepuscily ja dalej. Nie moga mnie zatrzymac, pomyslala.
Nikt juz nie moze mnie zatrzymac.
Nie mial poxniej pamietac tamtej wedrowki, zbyt wiele glodu,
zimna i strachu. Szedl, walczac w ciemnosci z wilkami, juz bez
zapalczywosci, bez nierozwaznej dumy, ktora wygnala go z domu.
Czasami, gdy nocne zimno stawalo sie zbyt dotkliwe, a wilki
podchodzily za blisko, wyl z bolu i przeklinal obietnice, ktora
nie pozwalala mu umrzec. Lecz nie zdarzalo sie to zbyt czesto.
Kiedy pil, woda w xrodle Ilv byla zimna i palaca. Rozrywal
niecierpliwie skorupy jaj, tlukl je i deptal, by zdazyc, nim
nadciagna te, ktore lataja ponad chmurami. Martwe zepchnal w
wode, klab dlugich, oblych ksztaltow, ktore nie zdazyly
zaczerpnac zycia. Zdawalo mu sie, ze xrodlo Ilv pociemnialo,
lecz myslal o obietnicy i nie patrzyl w wode.
Nawet po smierci ich grzbiety mienily sie srebrem i zlotem.
Gdy wszystko ustalo, gdy odwazyl sie wreszcie wyjsc z ukrycia,
xrodlo Ilv bylo martwe, pelne gnijacego miesa i zweglonych
cial. Spojrzal na to, co niegdys bylo najczystszym z miejsc i - on,
nawet on - zakrywszy twarz uciekl na poludnie.
Nadszedl kolejny swit. Mroxne, blade slonce polyskiwalo na
sniegu. Cena zostala zaplacona i niebo o poranku bylo niezmiernie
ciche. I nigdy poxniej ani on, ani nikt inny nie slyszal ich
spiewu, zas slonce bylo coraz bledsze i w wizji, ktora dzielil
ze swym panem, widzial, ze nad zbrukanym xrodlem Ilv nie rodzily
sie juz skrzydlate weze, co karmia niebieski ogien wlasnym
cialem.
Placzac, uciekla od zmartwialej grozy na brzegu xrodla. I zaraz
przed oczyma miala sama siebie, widziana z ogromnej wysokosci
sylwetke w przemoczonej lnianej koszuli, ktora brnie uporczywie
wsrod tlumu weselnych gosci.
Szla otwartym kruzgankiem, wysoko ponad miastem, przy wewnetrznym
murze, miedzy rzedem wysokich, otwartych okien, w strugach deszczu
przygnanego znad Ciesnin Wieprzy. Z dolu, z wielkiej sali wciaz
dobiegaly odglosy biesiady, zas miasto iskrzylo sie tysiacem
pochodni, poniewaz tej nocy nikt w Usciezy nie ukladal sie do snu.
Bezszelestnie sunela ponad uczta, ponad cytadela i calym miastem,
ku coraz bardziej mrocznym zakatkom mechszycowych snow. Mignal jej
tylko slaby polysk deszczu na halabardach straznikow: widziala, jak
ich usta rozwieraja sie do pytania, lecz nie zdolala pochwycic
slow.
- Zarzyczka, z woli bogow zalnicka kniahini - powiedziala na oslep,
z ciemnosci i przeszla nad kolejnym progiem, nie dbajac o to, co
zostawia za plecami.
Slyszala spiew minstrela i pijackie wrzaski, lecz jej uszy wciaz
wypelnial krzyk umierajacych zmijow, gdy oszalale, spadaly z
wysoka, bardzo wysoka, w splugawione wody Ilv.
Wewnetrzne Morze uderzalo w brzeg.
W niezmierzonej ciemnosci plynely martwe biale ryby o imionach,
ktorych nie znala, lecz w umysle Zird Zekruna wszystkie byly znajome
i drogie, jak starzy przyjaciele. Umarli bogowie, pomyslala,
odwracajac wzrok od owej wiedzy, ktora trzepotala na skraju jej
powiek, stworzyciele swiata. Tak krotko, jak krotko trwa jedno
uderzenie serca, czula rozpacz Zird Zekruna, gdy oddalali sie coraz
dalej, az nie mogl juz w zaden sposob ich przywolac. I jego
nienawisc, gdy zrozumial, ze wraz z ich smiercia zatrzasnely
sie stare sciezki, zamykajac go w pulapce.
Lecz bylo jeszcze cos, srebrzyste, nieruchome, obojetne, i
spogladalo na nich z daleka. Z odleglego ksiezycowego miejsca.
Przez chwile miala w palcach cienka, brunatna nic nienawisci Zird
Zekruna i mogla za nia pobiec az ku owemu srebrnemu miejscu, lecz
furia boga byla zbyt wielka, by odwazyla sie to uczynic.
Zobaczyla, jak gleboko, posrodku litej skaly Zird Zekrun szarpnal
trzewiami ziemi i rozproszone wyspy podniosly sie, tworzac ziemie
Pomortu. Potezna fala przetoczyla sie po Krainach Wewnetrznego
Morza, zmiatajac nadbrzezne miasta - ostrzezenie dla tych, ktorzy
wierzyli, ze w rozpetanej przez Zird Zekruna zawierusze ktokolwiek
bedzie mogl pozostac bezstronny. Przez moment wzrokiem mechszycy
widziala wezly jego pragnien, lecz nie pojmowala ich, mysli boga
byly zbyt nieprzeniknione i odlegle.
Obraz zawirowal w powietrzu, skurczyl sie i spadl jak zeschniety,
pomarszczony strzep. Smukle okrety o brunatnych zaglach ze
wszystkich stron przybijaly do wyspy posrodku jeziora - dlugie,
waskie liscie jesionu na wodzie. Teraz widziala wyraxnie: gleboko
i daleko od brzegu, w swiatyni posrodku wyspy plowowlosy chlopiec
wciaz siedzi u stop Bad Bidmone. Poxniej w przelocie dostrzegla
jego twarz, zastygla jak posmiertna maska, gdy w mroku przybytku
bogini wypowiedziala tamte slowa - poniewaz widziales to, co
widziales, i poniewaz zobaczysz... Jej lewa, karzaca dlon o
szesciu palcach ponad chlopcem, jego krzyk i Sorgo z kuxni KU Krindar
pomiedzy nimi.
Czarna, palaca krew bogini, ktora rzexbi sciezki w skale.
Ciemniejszy jeszcze cien nad jej tronem. I syn zalnickiego kniazia,
juz bezimienny, biegnacy opustoszala kolumnada.
Wiec naprawde bylo ich wowczas troje, pomyslala z nagla groza,
Bad Bidmone w swej swiatyni, Zird Zekrun i on. Poniewaz widziales
to, co widziales, i poniewaz zobaczysz... Och, moj malenki,
zaplakala, moj malenki.
Jednak naprawde nie on byl wazny, tylko oble, biale ciala bogow,
ktore odplywaja coraz dalej - piecioro tych, ktorzy tworzyli
swiaty. Wbrew sobie poznala ich imiona - Drunethegors O Zelaznym
Ramieniu, Reigrullenog Splatajacy Wezly I Wichry, Sajjinerthe Bogini
Wiecznej Przemiany, Maghrenolli Rozrzucajaca Ziarna Szalenstwa i
Lloweidrenne W Sieci Snu. Spogladala na plonaca cytadele
Rdestnika, jednakze byla to jedynie slaba zaslona rzucona na
wizerunek wielkiego, jalowego pola, gdzie lezeli martwi bogowie, wial
wicher, zrywajac z ziemi tumany pylu, i ktos krzyczal: „Annyonne!
Annyonne! Annyonne!"
Czula na twarzy lzy, gorace i gorzkie, i nie potrafila ich
powstrzymac. Sok galezi relei dopalal sie i w kazdej drobnej
kosci czula jego ciezar, ciezar wlasnego znuzenia i wizji, w
ktorej umierali bogowie. To juz niedaleko, pomyslala, z wysilkiem
unoszac glowe, poniewaz w wielkim holu cytadeli pozdrawiala ja
nowa lawica twarzy. Poczerniale obrazy jej przodkow szeptaly z
pociagnietych ochra scian nieme przeklenstwa i wyrzuty. Kaptur
zsunal sie, odslaniajac jej pobielale od zgrozy, wiedxmie
xrenice. Glosy narastaly wzdluz scian, jak drobny szmer robactwa,
ktore sciaga do scierwa. Wszystko jedno, pomyslala jeszcze raz,
wszystko jedno. Zadne z was nie wyczytalo w gwiazdach mojego losu, jak
wiec mozecie mnie winic.
Szosty prog nadciagal ku niej niczym urwista sciana. Przerwijcie
to, wyszeptala, a z tylu niewiasta o czerwonej twarzy, bogowie, niech
ktos to wreszcie przerwie. Nie, nie sadzila, ze naprawde zdolaja
sie na to zdobyc, nie przed cala zalnicka szlachta zgromadzona w
wielkiej sali cytadeli. A nawet gdyby - sok relei caly dzien krazyl
w jej zylach. Pragnela tylko jednego: polozyc sie w podluznym,
kamiennym poslaniu, jak uczynily wczesniej tuziny jej przodkow,
ktorzy z portretow na scianach przypatrywali sie pochodowi. Poczula
jeszcze na twarzy daleki, cieply powiew lata i zapach jablek, ktorych
od dawna nie jedzono w tej sali, i nie zalowala ani jednej chwili.
Mielismy jedno lato, pomyslala, i mielismy niebo pelne skrzydlatych
wezy nieba, lecz jedno i drugie minelo bez sladu. Czas placic,
czas wymienic jesienne pozdrowienia i ulozyc sie do snu.
- Zarzyczka, z woli bogow zalnicka kniahini - powiedziala milczacym,
przerazonym straznikom i chwiejnie przeszla nad szostym progiem.
Po nim pozostal juz tylko jeden: drzwi do komnaty Wezymorda. Lecz
jeszcze wczesniej - wizja, ostatnia wizja, ktora uniesie ja dalej
niz poprzednie.
Pociemniala twarz Zird Zekruna w glebinie ziemi Pomortu. Krew sorelek
i waska sciezka prowadzaca w ich wlasna smierc. A takze
mezczyzna, ktory zabijal zmijow -znala go i poprzez sprowadzone
przez mechszyce obrazy zawolala po imieniu. Znow byl tamten dzien
i plonal Rdestnik, bog o ciemnej twarzy pochylal sie nad nia i
dotykal jej czola zimna, szesciopalczasta dlonia nie, aby zabic,
lecz aby spetac i okaleczyc.
Lecz to dzialo sie wczesniej, nim jeszcze mezczyzna z odleglej,
nie istniejacej wyspy wyruszyl w swa wedrowke na polnoc, zas
kulawa dziewczynka przeczytala pierwszy alchemiczny traktat, i nie
bylo wymierzone jedynie przeciwko nim - dwie drobne lodowe strzalki
Fei Flisyon, ktore podarowala Zird Zekrunowi podczas pijackiej uczty,
dawno temu. Szyderstwo, zaplakala, szyderstwo ze wszystkiego, czym
moglam byc. Przeznaczenie, grudka gliny w palcach boga, utoczona na
podobienstwo losu Thornveiin, posepnej, najposepniejszej opowiesci
Krain Wewnetrznego Morza - o milosci, za ktora zaplacono
najwiecej i ktora przyniosla najwiecej smutku.
Wezymord.
Potem byla przyszlosc. Niebieskookie dziecko, samotna wyspa daleko
od zalnickich brzegow i glaz, z ktorego bedzie patrzec na
Wewnetrzne Morze, poki sama nie stanie sie don podobna. Moge zyc
jeszcze dlugo po tym, jak wszystko sie rozstrzygnie, pojela, zostac
jedna z tych, ktorym przyjdzie oplakiwac zmarlych. Jak Thornveiin,
a nawet jeszcze dluzej, poniewaz bede stala na brzegu
Wewnetrznego Morza i plakala nad nimi nawet wowczas, gdy ksztalt
naszego wieku przetoczy sie twarda koleina i kiedy nikt nie bedzie
pamietal naszych imion. Kamien czeka na mnie, jak weselny podarunek
przyczajony w moim wlasnym ciele. I jedyny wybor to ow okruch
przyszlosci, ktory rzucono mi na ostatek, niczym ochlap. Nie
narodzone dziecko i tuziny smierci, ktore zobacze.
A takze wspomnienie tata, zapylonych kwiatow w przydroznym rowie,
cierpkiego smaku pierwszych jablek i ramion mezczyzny, ktore
obejmowaly ja we snie. Jestem zmeczona, ukochany, zaplakala, i nie
czeka na mnie nic, procz goryczy.
Jednak poprzez dogasajaca wizje jego oczy spogladaly na nia z
twarzy ich dziecka i jeszcze raz zawolala go po imieniu.
I nagle na powrot znalazla sie w cytadeli, przy wejsciu do jego
komnat, ponad siodmym progiem, wciaz oslepiona i zagubiona w
natloku obrazow i miejsc - Wezymord pochwycil ja w pol drogi do
kamiennej posadzki. Spojrzal na jej pobielale xrenice i nie musiala
tlumaczyc, skad przychodzi.
- Moglas powiedziec - rzekl cicho.
***
Tamtego dnia, kiedy Mroczek zobaczyl wnetrze Halunskiej Gory,
ciezkie, sine obloki zdawaly sie dotykac jej czubka. Zacinal
deszcz, zimna, przenikajaca do kosci ulewa, lecz Mroczek rozkoszowal
sie kazda kropla wilgoci na twarzy. Nie sadzil, aby w miejscu, do
ktorego go prowadzono, mial jeszcze zobaczyc deszcz. Albo cokolwiek
innego.
Od spotkania z Wezymordem wychudl i zmarnial jeszcze bardziej, choc
choroba opuscila go, nim wyplyneli w Ciesniny Wieprzy. Mimo
slabosci dwa razy probowal wymknac sie kaplanom. Napojony
uzdrawiajacymi wywarami, zdolal jednak zachowac nieco przytomnosci,
rozsuplac pokrywe z boku furgonu i nieznacznie wypelznac nocka w
ciemny las. Daleko jednak nie uszedl. Kaplani znalexli go uspionego
pod krzakiem czarnego bzu, nieopodal obozowiska. Mroczek nie potrafil
pojac, jakim sposobem wyluskali go tak predko. Skoro jednak niemal
udalo mu sie zbiec, nie zamierzal zaprzestac dalszych wysilkow.
W twierdzy nad samym brzegiem Wewnetrznego Morza zadusil kaplana i
przebral sie w jego szaty, lecz straze znalazly go, nim zdolal
wymknac sie poza brame. Poxniej pilnowano go bardziej
skrupulatnie, nie zdejmowano wiezow nawet na noc i nie pozostawiano
bez nadzoru. Kiedy wsiadl wreszcie na okret w Ciesninach Wieprzy,
straz przejeli pomorccy zabojcy o twarzach przeslonietych
brunatnymi zawojami. Zaden z nich nie odezwal sie do niego ni
slowem. I z wolna, z kazdym dniem na niespokojnym, polnocnym morzu
odbiegala go nadzieja.
Raz jeden widzial w oddali smoczy okret. Potem mineli Zwajeckie
Wyspy, szerokim lukiem oplywajac Zebra Morza, ktore bronily
dostepu do poludniowego brzegu Pomortu. Ani Zwajcy, ktorych okrety
popalono zeszlego roku w Ciesninach Wieprzy, ani lodzie z pirackiej
Skwarny nie zapuszczaly sie w te wody. Teraz Mroczek bylby wdzieczny
losowi, gdyby udalo mu sie chocby siegnac po jeden z zeglarskich
nozy o ostrzach waskich i wygietych od ciaglego ostrzenia. Albo
gdyby zdolal wytoczyc sie za burte, ku Wewnetrznemu Morzu, ktore
nagle wydalo mu sie bardziej goscinne nixli komnaty boga z
Halunskiej Gory. Jednak nawet podczas sztormu nie rozcieto jego
wiezow. Pomorccy zabojcy przywiazali go konopna lina do masztu i
Mroczkowi zostala jedynie sucha modlitwa, aby bogowie zatopili go wraz
z okretem. Jednak zaden z nich nie zamierzal sluchac jego modlow.
A teraz stal na szczycie Halunskiej Gory, przy rozpadlinie
prowadzacej gleboko w dol, az do korzeni skaly i mrocznej
siedziby boga. Przypominal sobie rozmowe z Wezymordem i wlasne
nieopatrzne slowa: „Chocbym mial byc najmarniejszym z zebrakow
Wewnetrznego Morza". Jednak tutaj, na progu najswietszej ze
swiatyn Zird
Zekruna, smierc nie wydawala sie dluzej ani odrazajaca, ani
okrutna.
Rece mial wciaz zwiazane sznurem, a na szyi zelazna obroze
niewolnika. Pomorzec popchnal go szorstko ku schodom w glebi skalnej
rozpadliny. Juz po kilku krokach ogarnal go mrok, lecz spostrzegl,
ze kaplan bynajmniej nie zamierza podazyc jego sladem. Poczul
uklucie rozpaczliwej nadziei: ot, przyczai sie czlek, pomyslal,
miedzy skalami, przeczeka zmroku. Toc nie moze byc, zeby tutaj
caly czas straze staly, zreszta czasem i one sie pospia. A niech
jeno z powrotem na bozy swiat wychyne, furda obroza: byle mnie zrazu
za zbieglego niewolnika nie powiesili, wylgam sie zmyslnie. Ot,
powiem, ze okret moj w Beltach morze potrzaskalo i jam sie tylko
jeden na brzeg wydobyl. Moze byc, uwierza, a jak nie, lepsza
smierc od ostrza albo katowskiej petli nixli powolne zdychanie z
reki boga.
Przystanal, nasluchujac, czyli kto za nim nie idzie, ale wokol
bylo cicho i ciemno. Dlugo macal palcami po scianach, az wynalazl
niewielkie wglebienie. Wcisnal sie wen, glowe wtulil w ramiona,
bo przejscie bylo niskie. Za pierwszym zakretem przykucnal,
czekajac, czy tez kto nie zamysla go szukac. Siedzial, wsluchujac
sie we wlasny, przyspieszony oddech, poki wreszcie nie ogarnela go
wielka blogosc. No, niech sie jeno z tej dziury wydobede,
pomyslal z ulga, zapale bogom niejedna swieczke na oltarzu za
niespodziana laskawosc. I wtedy wlasnie cos w jego glowie
przelamalo sie niespodzianie i bolesnie.
Ani rozumiejac, co czyni, Mroczek wstal, powrocil na schody i
poczal kroczyc przed siebie w dol. Nogi pewnie odnajdowaly
stopnie, choc mrok gestnial coraz bardziej. Nie wiedzial, dokad
wedruje ani skad zna droge, lecz jakas jego czesc wyla
rozpaczliwie ze strachu. I nic nie mogl zrobic, zupelnie nic - jakby
odebrano mu caly swiat, nawet samego siebie, wszystko, procz ciemnych
schodow prowadzacych do wnetrza skaly.
Stopnie urwaly sie niespodzianie i Mroczek przystanal niepewnie.
Powietrze bylo ciezkie i stechle, lecz musiala otwierac sie
przed nim jakas wieksza przestrzen, bowiem
czul na twarzy lekki podmuch. Nie bylo w tym jednak zadnej nadziei:
ponad nim zalegaly nieruchomo poklady zywej skaly, moca Zird
Zekruna wypietrzone z morskiego dna w Halunska Gore,
najpotezniejszy szczyt Pomortu. Przyprowadzil mnie tutaj, pomyslal
z przerazeniem Mroczek, jak bydle na rzex.
- Niezupelnie. - Mroczek nie potrafil zgadnac, skad dobiega
przyciszony, gleboki glos, ktory zdawal sie na wylot przewiercac
jego umysl.
I zaraz w ciemnosci wokol leniwie poczely otwierac sie tuziny
oczu, polyskliwych, zoltych slepi, co wpatrywaly sie wen
uragliwie. Kolana oslably mu ze strachu, zatoczyl sie mocno na
sciane.
- Niezupelnie na rzex - ciagnal z rozbawieniem Zird Zekrun, zas
bursztynowe slepia zataczaly w ciemnosci coraz ciasniejsze kregi. -
Widzisz, kupcze, nie potrzebuje cie wiecej. Nie po tym, jak
rudowlosa niewiasta, ktorej obaj pragniemy tak mocno, odrzucila
obrecz dri deonema - po coz mialbym szukac u ciebie marnych resztek
wiedzy, skoro wreszcie moge jej zaczerpnac u samego xrodla?
Przeszedles jednak dluga droge i twoj trud zasluguje na
zaplate. Jakiez dary przyniosles swojemu bogu, kupcze?
- Nie jestes moim bogiem! - zaskowytal dziko Mroczek, kiedy zolte
xrenice rozblysly znienacka przy samej jego twarzy. - Moim bogiem
jest Nur Nemrut Od Zwierciadel!
- Twojego boga zaszlachtowala rudowlosa Zwajka -zasmial sie Zird
Zekrun. - Jestes bezpanskim psem, o ktorego nikt sie nie upomni. A
ja potrzebuje pomocnika. Nic wielkiego, kupcze, nic wielkiego. Kogos,
kto pozamiata komnaty i kurz ze sprzetow zetrze. Uwarzy w kominie
polewke i przyniesie z targu nowe swiece. Buty wypastuje w swieto,
piosenke skoczna zaspiewa dla odpedzenia smutku - ciagnal z
drwina. - Przyjme cie do terminu, kupcze, a kto wie, jak daleko
zajdziesz? Moze i tobie krolestwo wielkie pisane, zemsta krwawa i
milowanie pieknej ksiezniczki, ktorej ojca zamordujesz? Moze nawet
niesmiertelnosc? Uczen czarnoksieznika wiele moze, kupcze,
wiecej niz ogarniasz swoim drobnym, robaczywym umyslem. Ale najpierw
musisz wkupic sie do terminu, bo nie rozrzucam moich darow na
prozno. Poprzedni sluga przyniosl mi smierc zmijow, kupcze.
Czyja smiercia ty mnie obdarujesz?
***
Wreszcie nie mogla czekac ani jednej nocy dluzej i czterej niemi
niewolnicy wyniesli jej poslanie za zachodni mur treglanskiej
swiatyni, na skraj morza. Noc byla ciemna i zimna, zas przez
wichure przebijal ryk fal bijacych o wysoki brzeg. Ukryty gleboko w
skorach kamienny topor boga zdawal sie parzyc jej ramie. Jeden z
niewolnikow potknal sie na kamiennym stopniu i lektyka zakolysala
sie niebezpiecznie. Firlejka krzyknela cos, lecz jej glos ginal w
tetnieniu kropel bijacych o nawoskowane plotno.
Dopiero wysoko na murze rozsunela zaslony i zimny deszcz smagnal
ja po twarzy. Nie poczula go, nie czula wlasciwie nic: tej nocy
wypila podwojna dawke usmierzajacego bol naparu. Oschle
odprawila niewolnikow i przez chwile lezala nieruchomo, wypatrujac
bladych smug piany u podnoza muru. Firlejka zgiela sie w pol,
jedna reka kurczowo uczepiona blankow, druga zaciskajac na brzuchu
poly plaszcza. Z bliska jej twarz wygladala niczym oblicze
topielicy, posiniale z zimna i strachu, oblepione mokrymi wlosami.
Kiedy dowiedziala sie, co maja uczynic tej nocy, pierwszy raz
odwrocila sie do Lelki plecami. Nie zrobie tego, powiedziala, nie
okradne mojego syna z jego dziedzictwa. A czy okradniesz go z calego
zycia?, spytala ostro Lelka. Czy wierzysz, ze pozwola ci go
zatrzymac, kiedy nowa narzeczona przyplynie do ksiazecej cytadeli,
a ty nie bedziesz miala zadnej mocy, zeby go obronic? Zadnej mocy,
dziewczyno. Wrzeciono bogini nie jest cudownym plaszczem i nie zasloni
cie przed wzrokiem druzynnikow, kiedy zastukaja we wrota, zadajac
kniaziowskiego pierworodnego. Kea Kaella nie ma zadnego powodu, by
strzec twojego bekarta. I nie uchroni zadnego z was przed
ukamienowaniem na placu przed cytadela, jesli Wark wyda taki rozkaz.
Pamietasz jeszcze ten plac, Firlejko?
Dziewczyna wyprostowala sie sztywno, a na jej policzkach wykwitly
ceglaste plamy. Pamietala bardzo dobrze, jakze mogla zapomniec? Ale
kiedy podtrzymywala Lelke w ostrym, jesiennym wichrze, stara kaplanka
przez chwile przestraszyla sie, ze zaraz zepchnie ja w dol, ku
ostrym nabrzeznym skalkom, nie dbajac o kamienny topor i przysiegi
przed posagiem bogini.
Jeszcze nie teraz, jaskoleczko, pomyslala cierpko. Jeszcze jedna
rzecz, do ktorej cie przeznaczono, wybrano i przygotowywano przez te
wszystkie lata. A poxniej... Sa jeszcze inne narzedzia, a w
podziemiach przybytku trzech kopiennickich kowali wyczekuje kruszcu,
ktorego nie zdolaja rozpoznac, poniewaz wyjeto im oczy, lecz
przekuja go, jak im rozkazano.
Z wysilkiem uniosla ramiona - topor byl ciezki i sliski od
deszczu - i pozwolila mu opasc na chropowate kamienie. Jeszcze rok
temu, pomyslala z rozgoryczeniem, moglabym scinac drzewa w
swiatynnym ogrodzie, a teraz ledwo zdolam utrzymac go w palcach.
Dxwiek byl tepy, lecz pelen nieoczekiwanych, dziwnych ech - poprzez
odurzajace wywary Lelka poczula, jak cos w jej piersi rozchybotalo
sie bolesnie. Przelknela ze strachem sline. To byla ogromnie
dawna obietnica i magia tak potezna, ze mogla je obie zmiesc bez
sladu.
A potem dxwiek wygasl. Morze dalej bilo ze zloscia w brzeg, a
kolejny podmuch wichru niemal zepchnal ja z muru. Tyle wlasnie na
koncu zostaje z boskich obietnic, pomyslala gorzko Lelka. Dwie durne
niewiasty w jesiennej ulewie.
Jednak gleboko w przybytku Kei Kaella spoczywal wiklinowy kosz
wyscielony nie greplowana welna. A takze zebracza miska, resztki
zwierciadlanego naszyjnika i Fletnia Wichrow, delikatnie otulone szara
przedza. Niewiele, a w kazdym razie nazbyt malo na to, czego
pragnela. I dlatego musiala sprobowac jeszcze ten jeden raz,
jeszcze tej samej nocy - nim krople wodnego zegara bogini przetocza
sie na dobre.
Pomruk morza u stop wzmogl sie i spoteznial. Lelka popatrzyla na
swoje palce, zacisniete rozpaczliwie na stylisku topora, a potem
zamknela oczy i drugi raz uderzyla w kamienny mur. Jej plaszcz i
suknie przemokly ze szczetem, zas bandaze na obrzmialym brzuchu
rozluxnily sie i draznily przy kazdym poruszeniu.
Nie przyjdzie, pomyslala. Dlaczego niby mialby mnie usluchac, przed
czasem, nim jeszcze pierworodny sinoborskiego kniazia urodzi sie w
wielkiej komnacie cytadeli? Powinnam byla zaczekac - bo choc bogowie
musza dotrzymywac obietnic zlozonych smiertelnikom, nie czynia
tego za darmo i nie przed czasem przez nich wybranym. Jeszcze kilka
miesiecy, do wiosny, nie dluzej. Tyle ze wtedy bede juz spac
gleboko, w korzeniach czarnego bzu przy klasztornym murze, a Firlejka
nie znajdzie w sobie dosc odwagi na podobna wyprawe.
Ze stlumionym jekiem uniosla topor. Nie bylo innego sposobu i
zamierzala tu zostac, chocby jej przyszlo cala noc uderzac w mur
przybytku - bo rog Mel Mianeta spoczywal gleboko na dnie
Wewnetrznego Morza i nie mogla go wydobyc bez boskiego przyzwolenia.
- Dosyc, kaplanko.
Byl tam. Na brzegu morza, choc niewiele nizej - szedl ku nim po
wysokiej, gladkiej fali, jak po ciemnym moscie. Jakims sposobem mimo
ciemnosci i deszczu Lelka widziala go bardzo wyraxnie: ciemne wlosy
zwajeckim zwyczajem splecione w dwa warkocze i dluga, rozwichrzona
brode, z wczepionymi wen sinozielonymi wodorostami, muszlami i drobna
rybka, ktora trzepotala sie niespokojnie, poki jej nie stracil. W
reku trzymal trojzab, ten sam, ktorym burzyl morze w Ciesninach
Wieprzy i rozrywal dla kaprysu kadluby okretow, a jego szata
splywala deszczem. Jednak naprawde przestraszyly ja dopiero oczy.
Kiedy spojrzal jej prosto w twarz spod krzaczastych brwi, zdawalo sie
jej, ze widzi xrenice kniazia Krobaka, jej ojca, ktorego pozwolila
zakluc pod bramami przybytku. To nie byl wizerunek Kei Kaella
wymalowany dawna sztuka na sosnowej desce, tylko zywa moc, ktora
odpowiedziala na wezwanie, lecz ktorej nie mogla zadnym sposobem
przymusic do posluszenstwa.
- Nie mialas prawa mnie wzywac, kaplanko - odezwal sie lagodnie.
- Nie mialas prawa dotykac topora.
- Doprawdy? - Lelka przymruzyla oczy, lecz jej glos dygotal
niebezpiecznie: to nie byla wolwa, spetana i opita ofiarna krwia,
tylko niesmiertelna moc Wewnetrznego Morza, ktora wyrwala z
otchlani. - Czyzby Morski Kon zapomnial dawnych obietnic?
Bog bez slowa potrzasnal glowa i przeniosl spojrzenie na
Firlejke, drobna i skulona w mokrym plaszczu. Dziewczyna pochylila
sie, probujac podjac go pod kolana, lecz fala cofnela sie
predko.
- Prosze - powiedziala bardzo cicho. - W imieniu niewiasty, ktora
niegdys chodzila po tym murze. I w imieniu mojego syna. Idzie wojna, a
zaden ze smiertelnych wladcow i niesmiertelnych mocy nie stanie w
jego obronie. Prosze.
Wzrok Morskiego Konia zlagodnial nieznacznie, a Lelka gleboko
zaczerpnela tchu.
- Zaklinam cie poprzez piecioro, ktorzy stworzyli niebo i ziemie, i
morze, i wszystko, co w nich jest - podjela spiewna inwokacje. -
Poprzez jedenastu bogow, ktorzy chadzaja pomiedzy smiertelnikami, i
poprzez wszystkie przedksiezycowe moce. Poprzez skrzydlate weze
nieba i Iskry, mlodsze siostry bogow. Poprzez wszystko, co zamieszkuje
cztery krance ziemi. Poprzez krew i wode cie zaklinam, poprzez
zelazo i kamien. Poprzez te, ktora zabralo morze i poprzez
obietnice stara jak te mury. Zaklinam cie poprzez twoja wlasna
smierc. Na rog, ktory przed wiekiem wykuto w kuxniach Kii Krindara.
Oto moje zyczenie.
Smiech Morskiego Konia chlasnal ja w twarz dotkliwiej niz
zawierucha.
- Wiec i tego na koniec doszukalas sie w wiedxmich majaczeniach,
kaplanko! - zadrwil. - Na wlasna zgube, bo Przadka nie dozwoli, by
jej sluzki paraly sie podobna sztuka, a w sinoborskich lasach
znajdzie sie dosc chrustu na niejeden stos. Tuzin galezi za kazde
slowo bluxnierstwa, kaplanko. Bo nie tobie zlozono obietnice i
nigdy nie mialas prawa dotykac topora. Ani tym bardziej zadac rogu
wykutego w ogniach Mieczownika.
- Dosc! - ucial glosem, w ktorym pobrzmiewal huk
morza, nim zdolala odezwac sie na nowo. - Czy powiedziano ci -
odwrocil sie ku Firlejce - czym naprawde jest ta obietnica?
Obietnica zlozona dawno temu z powodu corki sinoborskich kniaziow,
ktora rzucila sie w morze?
Dziewczyna niemo pokrecila glowa. Lelka poczula, jak chlod
przenika ja gwaltownie.
- Dawno temu corka sinoborskich kniaziow rzucila sie w morze z
klasztornego muru, po tym, jak niesmiertelna moc posiadla ja pod
postacia jej malzonka - powiedzial oschle Mel Mianet. -
Roztrzaskala sie na nadmorskich skalach, najpiekniejsza z kobiet
swego czasu i dziecko, ktore nigdy nie mialo sie narodzic. Jej
ojciec wszedl po kolana w morze z martwa corka na rekach i
zazadal od boga zaplaty za zdrade, za przelana krew i nie
narodzone dziecko, a bog go usluchal - swiat byl inny w tamtych
czasach. Zlozono przysiege, jedna z tych, ktorych nie mozna
zlamac - na pamiatke dziewczyny o oczach koloru zimowego morza - i
przypieczetowano ja darem zlozonym w swiatyni Kei Kaella.
Kamiennym toporem, ktorego glos przywoluje boga. I zeby stalo sie
zadosc wyrzadzonej krzywdzie i nieprawosci, bog poprzysiagl, ze
odtad po kres wiekow potomkowie owej niewiasty, pierworodni
sinoborskich kniaziow, moga bez leku wezwac go uderzeniem topora w
czas najwiekszej trwogi, a bog wyslucha ich pragnienia. Lecz topor
ma dwa ostrza i oba uderzaja rownie mocno. Jedna jest zaplata dla
tych, ktorzy okielznaja boga w dziedzinie jego mocy, odwieczna i
nieodmienna.
Stara kaplanka przygryzla wargi: skoro bog zaczal mowic, nie
mogla go powstrzymac.
- Od tamtych czasow tylko dwa razy uderzono toporem w swiatynny mur
nad brzegiem morza, bo niewiele jest darow cenniejszych niz zycie.
Czy tego wlasnie pragnelas dla swojego syna? Smierci?
Dziewczyna nie poruszyla sie, nie odwrocila nawet ku Lelce.
Kleczala na murze u stop boga, z pochylona glowa. Lelka poczula
przelotne pragnienie, aby dotknac jej ramienia - jak czynila wiele
lat temu, kiedy szarookie dziecko budzilo sie z krzykiem posrodku
nocy, wspomina-
jac plac przed cytadela i wysoki podest, na ktorym obcinano jej
wlosy. Wybacz, jaskoleczko, pomyslala z litoscia, tego jednego
moglismy ci oszczedzic. Wiedzy.
Jednak siec zastawiono wiele miesiecy temu, tamtej nocy, kiedy za
sprawa wolwy przysluchiwala sie klotni bogow w grotach Traganki,
zas Firlejka byla jedynie waskim pasmem przedziwa na kolowrotku
bogini. Gdyby tylko byl inny sposob, pomyslala z naglym zalem
stara kaplanka, patrzac na srebrne wrzeciono bogini, wciaz
zawieszone u pasa dziewczyny.
- Nie bedziesz mogla sluzyc wszystkim - rzekl lagodnie Mel
Mianet. - Nie narodzonemu dziecku i bogini, ktora wysyla na stos swoje
sluzki, jesli splamia sie cudzolostwem. Kochankowi, ktory cie
porzucil, i pragnieniu szalonej kaplanki, ktora pragnie zabijac
bogow ich wlasna moca. Musisz wybrac, dziewczyno, bo legenda o
Annyonne przybrala nowy ksztalt i nie pozostawiono nam wiele czasu.
Tak, kaplanko - blysnal zebami ku Lelce, a drobne strumyczki
szybciej potoczyly sie po jego brodzie. - To prawda i byc moze
przywolalas falszywa przepowiednia wiecej, niz pragnelas.
Sorelki poklonily sie przed niewiasta, ktora nazwano Sharkah,
Sierpem Bogini, i wysluchaly jej piesni, lecz przed kim ugna sie
bogowie? Nie wiem, podobnej przyszlosci nie potrafia wypatrzyc nawet
niesmiertelni. Lecz zeszlej nocy ofiarowano mi rzadki dar. Corka
Suchywilka - teraz znow patrzyl wprost na nia i czula sie pod tym
spojrzeniem jak tamta dziewuszka, co upadla na progu swiatyni, nim
jeszcze ojcowe ramie poderwalo ja ku gorze z glebokiego sniegu -
z wlasnej woli odrzucila ku morzu obrecz dri deonema. Coz
podarujesz mi w zamian za znak Fei Flisyon, skoro nie pozalowalas
zycia kniaziowskiego bekarta dla morskiego rogu?
Z nagla zaschlo jej w gardle. Nie miala nic, wiedzial o tym bardzo
dobrze, zadnej mocy, zeby go zatrzymac ani przymusic.
- Nie potrafilybyscie tego dokonac, chocbysmy zlozyli wszystkie
znaki bogow w wiklinowym koszu przy bramie swiatyni - w glosie
Morskiego Konia nie bylo drwiny, tylko powsciagliwa pewnosc. - Nie
starczy do tego przygarsc zakazanej wiedzy o Annyonne i majaczenia
zdychajacych wiedxm. To wszystko na darmo, kaplanko, zupelnie na
darmo. Nie zdolacie na nowo polaczyc tego, co rozdzielono w
kuxniach Kii Krindara, zas sztylet, ktory zabijal Stworzycieli,
wykuto z innego zgola kruszcu. I nawet wowczas nie metal byl
najwazniejszy, ale palce, ktore go trzymaly.
- Lzesz, obys byl przeklety! - wykrzyknela wsciekle Lelka. - Nie
z innej przyczyny spalono ongis spichrzanskie opactwo - bo zachowano w
nim resztki dawnej wiedzy. I sposob, wysniony w proroctwach boga.
Sposob, jak zabic niesmiertelnych.
- Opactwo spalono - powoli odparl Mel Mianet - poniewaz kniax
powadzil sie z kaplanami albo oni z nim, nie pomne dokladnie, bo
tez trudno rozeznac sie we spichrzanskich wasniach. A to, ze jedna
czy dwie ze swiatynnych mniszek nabily sobie glowy proroctwami,
niczego nie moglo zmienic.
- A Sorgo?! - zaskowytala stara kaplanka. - Co powiesz o Sorgo?!
- Ostrzegalem Bad, by nie nadawala swej mocy ksztaltu miecza -
skrzywil sie bolesnie. - I nawet gdybym z wlasnej woli oddal rog,
jak zamierzasz mnie nim zabic, kaplanko? Bo nie w twojej mocy,
powtarzam, polaczyc owe znaki na nowo i wykuc zen sztylet podobny
broni, ktora nosila Annyonne.
- Ale przyznajesz, ze jest podobna moc! - wykrzyknela z
wsciekloscia. - A skoro jest moc, pierwej czy poxniej wy-zdychacie
niczym szczury, chocby po naszym trupie, chocby po tym, jak Zird
Zekrun zniesie nas z powierzchni swiata dla wlasnej mrzonki! Dla
marzenia, ktore nie moze sie spelnic, poniewaz jego czas minal
dawno temu, poniewaz oszczedzono was z rzezi z laski Delajati, ale
wasz czas takze minal nieodwracalnie! Nigdy - zachlysnela sie
wlasna wsciekloscia - zadne z was nigdy nie dorowna
Stworzycielom! Nie potraficie, zadne z was nie ma mocy, aby wyprzasc
cokolwiek z nicosci i nazwac nowym imieniem. Umiecie jedynie
niszczyc, jak Zird Zekrun, ktory wymordowal zmijow i ninie siega
po caly nasz swiat!
Bog spogladal na nia z nieodgadnionym wyrazem twa-
rzy, kiedy osunela sie na mokre kamienie. Widziala, jak trojzab
drgnal w jego dloniach, a drobna, spieniona fala zatanczyla u
rabka szaty, jakby zamierzal ku niej podejsc, lecz nie uczynil ani
kroku.
- Czy to prawda? - spytala z cicha Firlejka. - Czy naprawde tego chce
Zird Zekrun?
Morski Kon wciaz milczal, wpatrujac sie w obie kaplanki
nieruchomymi oczyma o bursztynowych xrenicach. Krople deszczu opadaly
z miarowym pluskiem.
- Zaglady Krain Wewnetrznego Morza? - ciagnela jak we snie
dziewczyna, jej glos byl przyciszony i odlegly. - Czy to mozliwe? -
postapila krok do przodu i jeszcze jeden, az czubki jej butow
zawisly nad przepascia. - Czy zdolalby tego dokonac?
- Nie wiem - odparl wreszcie Mel Mianet, zas stara kaplanka mogla
jedynie sluchac w zdumieniu - gdyz nie sadzila, ze po tym, jak jej
odmowiono odpowiedzi, bog ugnie sie przed dziecinna prosba
Firlejki. - Nie wiem, jak daleko siegaja jego moce.
- Jednak tego wlasnie pragnie, prawda? - przez twarz dziewczyny
przebiegl skurcz. - Powrotu swiata Stworzycieli, jakakolwiek mialaby
byc cena. Czy o tym wlasnie wieszczyly wolwy w podziemiach
treglanskiego przybytku? - odwrocila sie gwaltownie ku Lelce, a w
jej pobladlej twarzy bylo cos, co przerazilo kaplanke bardziej
niz furia boga. - Czy z tego powodu odeslaliscie mnie, matko, do
klasztoru w Dolinie Thornveiin - abym nie dowiedziala sie zawczasu i
przyjela wrzeciono bogini, a wraz z nim wasza pomste i wasza
nienawisc? Czy dlatego popchneliscie ku mnie Warka - poniewaz
potrzebowaliscie kniazio-wskiego dziecka, zeby przywolac boga, a
mnie odebrac wszelki wybor. Czy...?
- Odpowiedz, kaplanko! - rozkazal Morski Kon i bezradnie skinela
glowa, nie patrzac ku Firlejce, starajac sie nie slyszec jej
szlochu.
Jednak, kiedy podniosla wreszcie wzrok, dziewczyna bynajmniej nie
plakala. Wyciagnela reke ku Mel Mianeto-wi, a potem postapila
naprzod, nie ogladajac sie w dol, nie dostrzegajac nawet, kiedy
mur urwal sie pod jej trzewikami. Szla po ciemnych falach, w glab
dziedziny Mel Mianeta, a morze wygladzalo sie na jej sciezce, poki
nie stanela tuz przy nim, niemal dotykajac czolem brody przetkanej
zielonymi wodorostami. Lelka zamrugala piekacymi powiekami: to mialo
byc zupelnie inaczej.
- Kazales mi wybrac, panie Wewnetrznego Morza - odezwala sie
jasnym glosem Firlejka. - Wiec wybieram, z wlasnej woli i bez
przymusu, choc przyprowadzono mnie tu nieswiadoma i zwiedziona
klamstwem. Wedle twego zadania i przed twoim obliczem wybieram i
prosze cie o pomoc przeciwko mocy Zird Zekruna Od Skaly, poniewaz
dales mi wybor i poniewaz jest w mojej mocy prosic cie o pomoc. I
jesli cena mojego zyczenia jest to dziecko, ktore w sobie nosze,
niechze i tak bedzie.
- Och, jaskoleczko! - zaplakala wreszcie Lelka, pokonujac palacy
bol w dole brzucha i jeszcze inna bolesc, ktora rozpelzala sie z
wolna w jej piersi.
Lecz zadne z tamtych dwojga nie zwracalo na nia uwagi, wiec objela
sie tylko ciasniej ramionami. Jej suknia byla mokra od deszczu, lecz
kiedy dotknela rabka spodnicy, dojrzala na palcach zywa, jasna
czerwien. Nic nie czula. Sprobowala sie podniesc, lecz jej nogi
byly zimne jak kamienie muru i rownie obojetne.
Czy to juz teraz?, pomyslala, unoszac twarz do gory, ku powiewowi
od Wewnetrznego Morza.
- Dlaczego mialbym ci pomoc? - Mel Mianet polozyl reke na
ramieniu Firlejki. - Dlaczego mialbym wystapic przeciwko wlasnemu
plemieniu?
- Poniewaz - odparla spiewnie dziewczyna - kiedy przed wiekiem
Thornveiin zeslano w nieslawie na najdalsza polnocna wyspe
Zalnikow, znalazl sie taki wiatr, ktory przygnal do niej okret
kopiennickiego ksiecia i ktory uniosl ich szczesliwie ku Gorom
Zmijowym. Poniewaz byla taka fala, ktora oddzielila malenka
Selle z rodu Iskry od pomorckich klatw i przeklenstwa skalnych
robakow. Poniewaz pamietamy taka lodx, ktora uniosla ku
odleglej polnocy szarookiego chlopca z mieczem bogini przywiazanym
na plecach konopnym sznurkiem. Poniewaz nie wyprzecie sie tego, kim
jestescie, panie. Jest jedenascie krain i jedenastu bogow, lecz Morze
Wewnetrzne nalezy do wszystkich, zas jego wyspy nie znaja boskich
swiatyn, gdyz sposrod wszystkich przedksiezycowych ty jeden
obdarzyles swoja ziemie wolnoscia - dokonczyla prawie
nie-doslyszalnie.
- Ostrzegano mnie - Morski Kon uniosl jej twarz ku sobie i
usmiechnal sie nieznacznie. - Ostrzegano mnie przed szarookimi
niewiastami o slodkim glosie i sercu pelnym zyczen. Nie moge
powiedziec, ze mnie nie ostrzegano.
Lelka przycisnela policzek do krawedzi kamienia: tak bardzo chciala
ich widziec, lecz obraz rozmywal sie i oddalal coraz bardziej, az
na koniec pozostaly jedynie niewyraxne zarysy postaci.
- Czy to oznacza, ze mi pomozesz? - dobiegly ja slowa Firlejki. -
Naprawde mi pomozesz?
- Tak dalece, jak to w mojej mocy - odrzekl bog - a to moze okazac
sie zbyt malo, dziewczyno. Lecz podaruje ci zagadke: posrodku
spichrzanskiego karnawalu ktos wypowiedzial zyczenie i przywolal
z glebi zwierciadel przepowiednie. Znajdx go, dziewczyno, i spytaj
o wizerunek Annyonne, a takze... skad prowadza sciezki spadajacych
gwiazd...
Lelka dostrzegla jeszcze srebrzysty poblask rogu w dloniach Firlejki,
a potem jej powieki opadly ciezko i nieustepliwie. I zaraz
zobaczyla, jak bogini idzie ku niej powoli po falach Mel Mianeta, po
srebrnej smudze ksiezycowego swiatla, niepodobna do swietego
wizerunku z tre-glanskiej swiatyni, wysoka i jasna w bialej sukni
jak sztylet. Widziala czarne wlosy, rozrzucone na plecach i
siegajace az do powierzchni morza, i oczy, ktore nie polyskiwaly
wcale bursztynem, lecz czernia. Chciala sie wyprostowac, lecz nie
potrafila. Krople deszczu spadaly wokol niej, podzwaniajac
delikatnie, niczym srebrne dzwoneczki, coraz predzej, coraz blizej.
Az na koniec bogini stala tuz tuz, rabek jej sukni przesunal sie
po twarzy starej kaplanki i gdzies z bardzo, bardzo daleka uslyszala
krzyk Firlejki.
- Czy naprawde wierzysz, ze cokolwiek z tego, co
uczynilas, uczynilas wbrew mojej woli? - spytala bogini i nakryla
jej twarz biala chlodna reka, zagluszajac wszelkie mysli, zale
i pragnienia.
***
Dlugo po tym, jak goscie weselni odjechali z cytadeli, Zarzyczka
wciaz miotala sie bezradnie w goraczce. Trzeba zreszta
sprawiedliwie przyznac, ze wiekszosc biesiadnikow nie czekala
nawet switu. Jedni uciekli cichaczem, trwozliwie ogladajac sie na
ciemne bramy zamku, drudzy otwarcie zlorzeczyli gospodarzom, budzili
sluzbe i bez skrepowania wyprowadzali konie ze stajni. Niechetni
Pomorcom przysiegali sie, ze kaplani omamili ksiezniczke
szalejowym trunkiem, by przyprawic ja o smierc, nim dopelnia sie
weselne toasty. Inni winili samego Wezymorda i jego przeklete moce.
Na koniec pozostawali ci, ktorzy pokatnie powtarzali gadki szalonego
kaplana mieniacego Zarzyczke wiedxma; i tych bylo najwiecej.
Wszyscy zas mieli rozniesc po wladztwie wiesc o upiornej
wedrowce nowo poslubionej kniahini poprzez korytarze cytadeli.
Ksiezniczka niepredko miala sie o tym dowiedziec. Nie powtorzono
jej, ze przydrozni zebracy opowiadaja z groza o tym, jak jej
xrenice pobielaly i zmienily sie, niczym wydete wiedxmim szalem.
Nie powtorzono jej, ze nawet kaplani za strachem wypowiadaja jej
imie, poniewaz kiedy przechodzila obok przybytku boga, znamiona
skalnych robakow odezwaly sie w nich z taka sila, ze wielu nigdy
nie mialo odzyskac rozumu. Nie powtorzono jej, ze skoro wyszla na
galerie przy wewnetrznym murze zamku, w jednej chwili pogodne niebo
ogarnela burza, zas w swietle blyskawic widziano nad zamkiem dziwne
wezowe ksztalty. Nie powtorzono jej, ze kiedy wedrowala poprzez
wielka sale cytadeli, portrety jej przodkow spadaly kolejno na
posadzke, zas ze sciany w miejscu, gdzie powinien znajdowac sie
wizerunek jej ojca, pociekla zywa krew. Nie mowiono jej o tym ani o
wielu innych rzeczach. Zreszta przez dlugi czas nie siegaly jej
zadne slowa.
Wydobrzala dopiero z nastaniem pierwszych mrozow. Obudzila sie w
swojej starej komnacie. Sprzety, ksiazki, drobne przyrzady
alchemiczne staly na swoich miejscach, swiezo omiecione z kurzu.
Zupelnie, jak owego wiosennego dnia, kiedy wyruszyla z Usciezy na
poludnie, na spotkanie brata. Przez chwile miala uczucie, ze ani
spichrzanski karnawal, ani zadna z pozostalych rzeczy nie wydarzyly
sie naprawde, tylko ona zapadla w dlugi, pelen majakow sen. Lecz
na jej palcach, bladych i wyszczuplonych choroba, polyskiwal
pierscien Wezymorda. Przyszedl do niej tego samego wieczoru.
- Zabierz mnie nad morze - poprosila, wyciagajac do niego rece.
Byla tak slaba, ze mogla przejsc zaledwie kilka krokow i na
koniec usiedli pomiedzy wielkimi glazami, ktore chronily ich przed
wichrem. Morze bylo sine i rozjatrzone, jak zwykle o tej porze.
Niedlugo zaden statek nie wplynie w Ciesniny Wieprzy, pomyslala,
niedlugo snieg pogrzebie nas na dobre, na kilka ciemnych miesiecy.
- Powinnas byla powiedziec - odezwal sie wreszcie Wezymord.
- Powinienes mnie wysluchac - odparla, szczelniej nakrywajac sie
skorami.
Mewy krzyczaly nad nimi niespokojnie. Jesli ktokolwiek jeszcze
watpil, ze jestem wiedxma, pomyslala, po tamtej nocy nie moze
wiecej zywic zludzen. Groza niezawodnie rozsiala sie po kraju,
jak ziarno rzucone na wiatr, az do najbiedniejszego zameczku na
jalowych ziemiach przy paciornickiej granicy, az do chyznych chat
zagubionych w Mechszycowej Glibieli. Jakby nie dosc bylo samego
Wezymorda, zabojcy zmijow z jego moca, ktorej xrodla tkwia w
Pomorcie. Zabojca zmijow wybral malzonke podobna sobie.
Wiedxme o oczach pobielalych od szalu, przekleta, ktora
sciagnie nieszczescie na cale zalnickie wladztwo.
Nie pragnelam tego, pomyslala.
- Prawda - Wezymord wpatrywal sie w fale, ktore z coraz wieksza
sila wdzieraly sie w przesmyk pomiedzy skalami. - Powinienem byl
wysluchac. Kiedy dotknalem cie w swiatyni Zird Zekruna,
wiedzialem, ze cos sie odmienilo. Lecz nie zgadlem, ze wypilas
sok galezi relei. A potem, kiedy szlas do mnie poprzez korytarze
cytadeli...
- Dlaczego mnie wowczas nie zatrzymales? - przerwala.
Skoro mnie kochasz, dodala w myslach, skoro mnie naprawde kochasz,
dlaczego pozwoliles mi zajsc sciezka mechszycy az na krawedx
smierci? Dlaczego nie przywolales mnie wczesniej? Chcialam,
zebys mnie przywolal, przechodzac nad kazdym z siedmiu progow
czekalam na twoj glos. Dlaczego nie kazales mi zawrocic?
- Poniewaz - wciaz na nia nie patrzyl; wybieral z piasku u jej
stop drobne kamyczki i ciskal je ku morzu - to byla jedyna rzecz,
ktora moglem ci podarowac. Nie zrozum mnie xle, Zarzyczko. Gdybym
mogl odczynic targ zawarty z Zird Zekrunem, na nowo przeszedlbym
cala droge az nad brzeg xrodla Ilv, chocby na kolanach, jak w
starych basniach. Gdybym mogl ogladac cie szczesliwa i wolna
od przeklenstwa. Ale tak nie bedzie. Nie przymusze boga, aby cofnal
klatwe, zas nawet jego smierc nie przyniesie zadnej ulgi. Nic nie
zdola cie uwolnic. Taka jest prawda. Chocbys na nowo przywolala
zmijow - z zapomnianych legend i uspionych gwiazd. Jednak jesli
znajdziesz sposob, by umrzec juz teraz, przed czasem wyznaczonym
przez Zird Zekruna, nie bede cie zatrzymywal. Nie mam prawa cie
zatrzymywac. Jestes wolna. Tamtej nocy powiedzialas, ze nie czeka
cie nic procz goryczy.
Wydeta fala uderzyla w glazy i podpelzla az do jej trzewikow
jasnym, spienionym jezykiem. Poczula, jak cos w niej przelamuje sie
jak wzburzona fala, wygladza i naplywa do oczu.
- Naprawde? - spytala.
- Och, Zarzyczko - ujal jej reke. - Czasami mysle, ze jestes
glosem zmijow, ktory przemawia do mnie spoza smierci. Moja
zmijowa harfa, ktora pamieta wszystkie utracone melodie i przywraca
dawne sny. Skrzydlate weze nieba scigaja mnie w twoich oczach. Nawet
tamtej nocy sok galezi relei tetnil wspomnieniami zmijow.
- Nie przywolywalam ich.
- Nie musisz ich przywolywac. To one wolaja do ciebie - nagle jego
twarz zmienila sie i stezala.
Pobiegla za jego wzrokiem: cos polyskiwalo tam slabo spod zwiru i
piasku. Przymruzyla oczy. Srebrny pierscionek, pomyslala lekko,
metalowy krazek na szczescie przed nadchodzaca zima? Lecz
Wezymord nie wydawal sie rozbawiony.
- Co to? - spytala, czujac jego zdumienie i przestrach.
- Poczekaj tu - powiedzial nie swoim glosem, idac po brzegu
Wewnetrznego Morza, po kostki w wodzie.
Pochylil sie, ale nie widziala, co znalazl w piasku u stop
uscieskiej cytadeli. Dopiero, kiedy do niej wrocil, powtorzyla
niespokojnie:
- Co to?
- Moja smierc. Drwina bogow - powiedzial, przyklekajac przed nia,
jak wowczas, w swiatyni Zird Zekruna na poludniowym krancu
Zalnikow, i wlozyl jej w dlonie kawalek zimnej stali. - Wex ja.
Popatrzyla w dol: w dloniach trzymala gladko kuta, srebrzysta
obrecz. Rozpoznala ja natychmiast. Obrecz dri deonema, ktora
spoczywala na skroniach Szarki podczas karnawalu, podarunek Fei
Flisyon Od Zarazy. Obrocila ja w palcach, chlodna i na pozor
pozbawiona wszelkiej mocy. Jeden z jedenastu znakow wykutych u zarania
dziejow w kuxni Kii Krindara, pomyslala. Moc rownie potezna jak
Sorgo, miecz-zabojca bogini, ktory nosil na plecach jej brat.
Jego smierc, pomyslala, i spojrzala ku Ciesninom Wieprzy. A takze
smierc rudowlosej Zwajki, bo zywa nie pozwolilaby wyrwac sobie
potegi Zaraxnicy. Moze rowniez smierc Koxlarza i siwego Zwajcy,
ktory wyniosl mnie na rekach z ruin wiezy Nur Nemruta.
Blekitnookiej wiedxmy, zbojcy z Przeleczy Zdechlej Krowy,
zwajeckiego kniazia. Jezeli jest prawda, ze Koxlarz poprowadzil ich
przeciwko Zird Zekrunowi, na zatracenie. Byc moze jedyne, co
pozostalo, to ow martwy kawalek metalu, ktore fale Wewnetrznego
Morza cisnely mi pod nogi.
Albo podarunek. Zanadto dobrze pamietala obrazy martwych bogow w
myslach Zird Zekruna i przedsmiertny wrzask Bad Bidmone. Nawet
zamysly bogow mozna pokrzyzowac, pomyslala, zaciskajac mocniej
palce na gladkiej obreczy.
- Nigdy wiecej nie mow do mnie w ten sposob - powiedziala wreszcie.
- Nie waz sie mowic o smierci zadnego z nas. Nie po tym, jak
wrocilam do ciebie z otchlani soku galezi relei. Jestem corka
uscieskich alchemiczek, ktore wynalazly ogien, co nie gasnie pod
woda, i dziedziczka Thornveiin, ktora potrafila leczyc wszystkie
choroby swiata. Jestem alchemiczka i znajde sposob, chocby mialo
mi to zajac cale zycie i jeszcze dluzej. Znajde sposob, zeby
nas uwolnic i na powrot sprowadzic zmijow.
Jednak jej slowa brzmialy bardzo slabo w poszumie Wewnetrznego
Morza.






Top
 Profile
 
Post new topic Reply to topic  [ 1 posts ] 




 Topics   Author   Replies   Views   Last post 
No new posts "Zmijowa Harfa" (2/18)

redak

0

0

2010-02-03 03:51:53


Who is online

Users browsing this forum: Marie,Remigiusz Raj,m,Pawel Wawrzyk,Alexander Sharon, prezenty and 8 guests


New posts New posts    No new posts No new posts    Announce Announcement
New posts [ Popular ] New posts [ Popular ]    No new posts [ Popular ] No new posts [ Popular ]    Sticky pozycjonowanie
New posts [ Locked ] New posts [ Locked ]    No new posts [ Locked ] No new posts [ Locked ]    Moved topic Moved topic
You can post new topics in this forum
You can reply to topics in this forum
You cannot edit your posts in this forum
You cannot delete your posts in this forum
You cannot post attachments in this forum

Powered by phpBB © 2000, 2002, 2005, 2007 phpBB Group - Pozycjonowanie