NAUKA-SALSY-LODX.PODHALE.PL

Forum dyskusyjne
It is currently September 5, 2010, 4:53 am

All times are UTC





Post new topic Reply to topic  [ 1 posts ] 
Author Message
 Post subject: "Zmijowa Harfa" (2/18)
PostPosted: 2006-06-10 12:56:36
Online
Registered User

Joined: 2006-06-10 12:56:36
autor: anna brzezinska
wydawca: spoldzielnia "syff"
tytul: zmijowa harfa
kodowanie: utf8
----------------------------------------------------------------------
Rozdzial drugi
Nawal wrzaskow, pstrokatych kolorow i dziwnych woni niemal ogluszyl
ksiezniczke. Nigdy wczesniej, pomyslala ze zdumieniem, nigdy
wczesniej nie bylam na targowisku, nie wyklocalam sie o cene
wyschlych na wior obwarzankow i nie kosztowalam ciastek z makiem o
tak sprosnych ksztaltach. Jednak cala spichrzanska jaskrawosc i
zgielk wydawaly sie jej dziwnie odlegle, zamglone. To nie jest moj
karnawal, pomyslala z niespodzianym przestrachem. Maski zmijow na
kramach i wywieszone w oknach kamienic plachty z prosbami do Nur
Nemruta - to tez nie moje. Ani kuglarze, ktorzy halasliwie wabia
przechodniow do namiotow, ani wesolkowie zonglujacy pochodniami
wprost nad kapeluszami patnikow. Ani tlum przybrany na pamiatke
zmijow w odswietne barwy zolci i zlota. Pulchne mieszczki o
zadowolonych, nalanych obliczach. Wrzaskliwe, wygadane przekupki w
spodnicach sztywnych od krochmalu i wysokich bieluskich czepkach. Ich
mezowie z dlugimi kopiennickimi kordami u pasa i nosami
poczerwienialymi od skalmierskiego wina. Zadnego z nich nie
zobaczylabym dzisiaj z murow uscieskiej cytadeli.
W Zalnikach bowiem od smierci starego kniazia nie swietowano
Zarow. A przeciez, zamyslila sie, zawsze znalazla sie
sluzebna, ktora powiesila w mojej komnacie chocby plocienna
zolta wstazke. I kiedy kaplani Zird Zekruna schodzili do
przybytku - bo zaden nie osmielil sie w te noc pozostac w cytadeli
- zawsze ktos potajemnie przyniosl mi kawalek miodowego placka. A
potem siedzialam z Wezymordem w sali wspartej na ciezkich,
debowych pniach. Ogien buzowal na palenisku, jako ze w wichrowej
Usciezy nigdy nie ma prawdziwego lata, a my gralismy w szachy na
poczernialej ze starosci lawie, poki nie nastal swit. Przy kominie
wylegiwaly sie psy, stare i prawie slepe, niezdatne do polowania. I
wiedzialam, ze jesli podniose wzrok, zobacze na powale poskrecane
ksztalty zmijow - gdyz cytadele w Usciezy zbudowano w czasach,
gdy dawni kniaziowie wciaz czcili skrzydlate weze nieba. Jednak
nigdy nie patrzylam w gore, a Wezymord w milczeniu nalewal do
roztruchanow ciezkie, skalmierskie wino. I tak upijalismy sie bez
slowa w noc Zarow, najswietsza z nocy, nad szachownica, na
ktorej zadne z nas nie moglo wygrac.
Dlaczego teraz o nim mysle?, przestraszyla sie. Dlaczego przed
oczami mam tamta milczaca sale i przyciszone skomlenie psow?
Wiedxma zasmiala sie niskim, ochryplym smiechem i pociagnela
Zarzyczke glebiej w tlum pomiedzy kramami. Zamyslali pokrecic
sie troche po rynku, a potem swiatynnym goscincem pojsc ku
wiezy Sniacego i wedle zwyczaju poklonic sie bogowi. Co prawda,
poboznosc ta wydawala sie ksiezniczce nader szczegolna u
wiedxmy, zboja, rudowlosej Zwajki i karzelka, z ktorego mowy jawnie
wnioskowala, ze nie zywi wiekszego szacunku dla swietosci. Nie
oponowala jednak. Pozwalala, by chropowata wiedxmia reka ciagnela
ja miedzy budami, jadla lukrecje i mruzyla oczy od poludniowego
slonca. Wlasciwie bylo jej wszystko jedno.
Nie zdolali sie jednak przepchnac na srodek rynku. Patnicy w
chlopskich oponczach tloczyli sie wzdluz drogi pochodu, ktory
rychlo mial ruszyc ku swiatyni, i na koniec niziolek postanowil,
ze trzeba najgorsza cizbe przeczekac. Mam znajomka, ktory w czas
Zarow taras gapiom wynajmuje, powiedzial. Procesja tedy przechodzi,
wiec sie wszystkiemu nalezycie przypatrzymy. A kiedy sie ludziska w
spokojnosci rozleza, wtedy sami na wierch wejdziemy i poklonimy sie
Nur Nemrutowi.
Dopiero w podcieniach zasobnej kupieckiej kamienicy ksiezniczka
spostrzegla, ze kompania zmalala.
- Tak mi sie cos zdaje, ze jednak sie nie pojawia - powiedziala,
kiedy za karlem zatrzasnely sie wielkie drzwi, na ktorych odlany w
brazie Vadiioned majestatycznie prowadzil swoja armie przeciwko
Zalnikom.
- Ja tez zaczynam tracic nadzieje - lekko odparla Szarka.
- Kto? - Wiedxma wytarla lepkie od syropu palce w warkocz peruki. -
Kto sie nie pojawi?
- Zabojcy - wyjasnila wciaz nie stropiona Szarka.
- Wiec dla wlasnej ciekawosci wystawiliscie nas pod noz
skrytobojcom? - uniosla brwi Zarzyczka. - Zbojce precz odeslawszy,
zeby jeszcze lacniej mordercow sciagnac? Na niewiasty, co
samotrzec i bez pacholkow po miescie sie wlocza?
- Nie - odparla lekko Szarka. - Wiedxma was w miasto isc prosila,
nie ja. Z wlasnej woli poszliscie i wlasna ciekawosc was gnala.
Zas o rzezi nie mowcie, poki u mnie miecze przy pasie i poki nad
nami jadziolek krazy.
W tejze chwili dxwierza otwarly sie ponownie, a w szparze ukazalo
sie zadowolone z siebie oblicze karla; dal znak, by co rychlej
wchodzily.
- Zreszta na razie i moja, i wasza ciekawosc na nic - odezwala sie
na ciemnych, spiralnych schodkach Szarka. - Darmo sie spierac.
- Czegoscie tacy ciekawi? - dopytywal sie z gory zasapany niziolek.
- Kto na ksiezniczke nastaje - objasnila go niepomna na przyciszone
sykniecie Szarki wiedxma.
- To nie wiecie? - zdziwil sie karzel. - Cala spichrzanska cytadela
szumi o spisku. Widzicie, ksiezniczko, nasza dobra pani Jasenka
uroila sobie, ze sie z wami ksiaze ozeni. I z owego urojenia taka
ja cholera zdjela, ze poslala w miasto swego sluge, Zajecza
Warge, zeby siepaczy zgodzil, co by was cichaczem zarzneli. A nie
byla to pierwszyzna, bo zawdy, jak sie w cytadeli nadobniejsza dworka
pokazala, rychlo ja pacholkowie z kanalu wylawiali. W skorzanym
worze...
- Widzialam go - przerwala zdumiona Szarka. - W zebraczej gospodzie,
wedle szpitalnego muru. Widzialam czleka z zajecza warga, jak
obiecywal bandytom zaplate. Ale ni przez mysl mi nie przeszlo...
- Jednak widac w Zajeczej Wardze iscie zajecze serce bilo, bo sie
przed switaniem wlasnym sumptem obwiesil - mowil dalej karzel. -
Moze i lepiej, ze na oprawcow nie czekal, gdyz ksiaze wielce
nan zawziety. Dziwna rzecz - podjal po chwili milczenia - jako on
te naloznice milowal, choc przecie ani najcudniejsza w Spichrzy
byla, ani rozumniejsza nad inne niewiasty. Nawet mu syna przez te
wszystkie lata nie donosila. A teraz niezywa w zamkowej kaplicy lezy,
zyly sobie pomorckim nozem przeciela. List przy niej znalexli, ale
co w nim ksiaze wyczytal, nie wiedziec, bo sie w swoich komnatach
zawarl i nikt do niego przystapic nie smie, nawet wlasna matka. A
kaplanow, co z wiezy z pociecha przyszli, precz popedzil slowami
tak grubymi, ze strach bral sluchac. Ot, juz my na tarasie! -
otwarl drzwiczki.
W istocie jednak nie byl to taras, tylko caly ogrod nasadzony w
ogromnych donicach na dachu kupieckiej kamienicy: grunta bowiem byly w
miescie tak drogie, ze sami tylko najzasobniejsi mieszczanie mieli
prawdziwe ogrody, a i to nie przy rynkach, ale dalej na zboczach Kur
dzialki.
Ksiezniczka z ulga wyciagnela sie na kobiercu. Zbyt dlugo
chodzila miedzy kramami i kolano zaczynalo cmic tepym, upartym
bolem. Przymknela oczy i wystawila twarz ku sloncu, ktore
wtoczylo sie juz ponad wieze Sniacego. Z wolna ogarnial ja
senny, otepiajacy upal, a mysli znow pobiegly ku Usciezy.
Przypomniala sobie ciemna sylwetke Wezymorda na murze nad brama,
kiedy z orszakiem kaplanow odjezdzala ku Spichrzy. Byl chlodny,
wiosenny dzien, a brudnosiwe niebo zdawalo sie opierac na wiezach
cytadeli. Od Ciesnin Wieprzy krzyczaly mewy.
- Widzialas go?
Rudowlosa wojowniczka siedziala nad sama krawedzia dachu, z nogami
podciagnietymi pod brode, i przypatrywala sie jej uwaznie. W
ostrym swietle jej oczy byly zielone jak swieze wiosenne liscie.
- Nie wierze, ksiezniczko - usmiechnela sie - ze walesalas
sie po miescie bez powodu. Moze przekonasz ksiecia Evorintha, ze
poszlas poklonic sie Sniacemu, ale mnie podobna opowiesc nie
zadowoli. Ani mnie, ani pomorckich kaplanow, jak sadze. Musialas
miec z kims spotkanie. Z kims nieblahym, bo dla byle igraszki nie
wymknelabys sie slugom Zird Zekruna. Czy nie z kims, kto z
poczatkiem wiosny przybil na Traganke dziwacznym, poludniowym
okretem o szesciu rzedach wiosel po obu burtach? Kims, kto nosi na
plecach Sorgo, miecz zalnickich kniaziow, zas przy jego boku wedruje
kaplan Bad Bidmone i najemnik o imieniu Przemeka?
- Znasz go? - wyrwalo sie Zarzyczce.
- Powiedz - poradzila wiedxma. - Po kolei.
- Po kolei? - odparla cierpko Szarka. - Tu zadnego porzadku nie ma i
byc nie moze. Spotkalismy sie w ogrodach Fei Flisyon, tamtej nocy,
kiedy Twardokesek poszczul mnie na dri deonema, a kaplani Zaraxnicy
kazali mi wejsc na gore, do grot bogini. A potem wsiedlismy na ten
sam statek i wedrowalismy razem. Krotko, jeden dzien tylko. Bo o
zmierzchu weszlismy na sciezke Skalniaka i tam sie nasze
wedrowanie skonczylo.
To nie wszystko, pomyslala Zarzyczka, patrzac, jak wargi tamtej
wyginaja sie w krotkim, krzywym usmiechu. Wlasciwie nie chciala
wiedziec, kim byla dla jej brata zwajecka kniahinka, ktora nosila na
czole znak Zaraxnicy. Czy wlasnie tak, pomyslala niespokojnie,
spedzil te lata? Pomiedzy wyrzutkami, wiedxmami i niewiastami,
ktore rozprawiaja o mordach i spiskach z taka latwoscia, z jaka
ja dobieram nowa nic do haftowanego wzoru?
- Stanela miedzy twoim bratem i Skalniakiem - wyjasnila cicho
wiedxma. - I przerabal ja prawie na pol tym swoim wielgachnym
mieczem, Sorgo.
- A sam...? - spytala prawie bezdxwiecznie Zarzyczka.
- Kiedy go ostatni raz widzialam - skrzywila sie Szarka - zyw byl,
a mieczem az nadto zwawo krecil. Nie pomne, co sie tam dalej
dzialo. Ta rzecz w skale byla bardzo silna i nie moglam markowac
ciosow. Ale nie zdaje mi sie, zebym do reszty dobila twojego brata.
Zarzyczka az sie wzdrygnela na ow wezlowaty opis. Pamietajac
wczorajsza rzex na schodach cytadeli, nie chciala sobie wyobrazac,
jak musiala wygladac tamta walka.
- Przyslal mi list z miasteczka na stoku Gor Zmijowych. Nawet nie
prosil o spotkanie, pisal tylko, ze bedzie w Spichrzy w czas
Zarow. Dlatego wlasnie wczoraj wyszlam z cytadeli. Myslalam... -
zaciela sie. - Myslalam, ze mnie odnajdzie.
- Co Wezymord na ow list powiedzial? - zadrwila Szarka. - Z
blogoslawienstwem wyprawil cie w droge? Na spotkanie z bratem,
ktory zamysla odebrac mu wladztwo, a uzurpatora zarznac?
- Nic nie powiedzial - sucho odparla Zarzyczka. - On niewiele mowi.
- Bo mnie sie wydaje - ciagnela rudowlosa - ze ci wczorajsi zboje
to wcale nie musieli byc naslani przez ksiazeca naloznice. Albo
ze ja ktos sprytnie podjudzil do skrytobojstwa. Mogl cie
Wezymord na przynete wystawic i pod samym bokiem brata ubic, zeby
tym latwiej wywabic go z kryjowki. Mogl tez sam Koxli Plaszcz
owych mordercow zgodzic...
- Nie wierze - Zarzyczka oblizala spierzchniete wargi.
- Wiec pomysl, ksiezniczko. Koxlarz nie ruszyl na polnoc, zeby
wic wianki z wiosennego kwiecia. Chce podburzyc Krainy Wewnetrznego
Morza przeciw Wezymordowi i jedna sprzymierzencow. Tyle, ze z nich
sami Zwajcy cokolwiek znacza, choc i oni w saku miedzy Zalnikami i
Pomortem. Przyjdzie Koziemu Plaszczowi innych adherentow poszukac, co
latwo sie nie uda, bo wszyscy dobrze znaja moc Wezymorda i Zird
Zekruna, ktory za nim stoi. A jak najlatwiej zjednac sojusznikow,
chocby i niechetnych? Ano kiedy im sie zawczasu wybor odbierze. Bo
jesli ciebie pod samym bokiem ksiecia Evorintha zaszlachtuja,
ksiezniczko, Wezymord bedzie zniewage mscic i wnet jego armia
stanie na spichrzanskiej granicy. A wtedy, chcac, nie chcac,
ksiaze bedzie sie musial z Koxlarzem pobratac. Ot, cala
historia.
- Nie uwierze, ze moglby... - glos jej sie zalamal.
- Nie uwierzysz? - szyderczo powtorzyla Szarka. -Wladcy nie sa
dobrzy i xli, ksiezniczko. Ci, co zwycieza, znajda potem
dziejopisow, ktorzy ich szlachetne czyny uwiecznia na pergaminie.
Jednak w tym wszystkim nie ma dobra i zla, sa tylko wilki i wrony na
pobojowisku. Zas Koxli Plaszcz... - Zarzyczce wydalo sie, ze przez
oblicze rudowlosej przebiegl cien. - Przypatrzylam mu sie w Gorach
Zmijowych i mysle, ze zamordowana przez pomorckich siepaczy siostra
bardzo mu sie przyda. Czy to sie dobrze nie sklada, ksiezniczko? -
zasmiala sie sucho. - Byloby wzburzenie w narodzie, bo takie rzeczy,
jak mord na niewinnej dziewce, zawsze narod burza. Szliby na
Wezymorda, wrzeszczac twoje imie. A Koziemu Plaszczowi moze sie
na wiesc o smierci siostry uda zgrabnie placz jaki, ale po prawdzie,
zawsze dobrze, kiedy mniej kandydatow do tronu.
- Jednak za nim idziesz - cicho powiedziala Zarzyczka. Szarka
odwrocila twarz.
***
Do gospody w zaulku ulicy Krzywej, gdzie mieli zwyczaj spotykac sie
czeladnicy szlachetnych cechow nozownikow i miecznikarzy, wtoczyl
sie z wysilkiem zebrak w szpiczastym, obwieszonym dzwoneczkami
kapeluszu patnika. Gebe mial grubo obwiazana szmatami, spod
ktorych przesaczala sie brunatnozolta materia, droge macal
drewnianym kosturem. Karczmarz z poczatku zamierzal popedzic dziada
precz, nie bylo to bowiem miejsce, gdzie czlek rozwazny szukalby
jalmuzny, nadto klientela nie lubila, jak im sie podobna nedza
pchala do stolu. Zebrak jednak bez zwloki wysuplal kilka
miedziakow i schrypnietym glosem zazadal piwa, po czym przysiadl
skromnie w kacie i poczal sie przysluchiwac rozmowom.
Te zas, jak w Zary bywa, wiedziono rozmaite. Wygadywano hardo
przeciwko ksieciu panu, ktory okolice podatkami dusil, i przeciwko
dworzanom, w czas karnawalu jawnie obnoszacym sie ze zbytkiem i
wzgarda dla pospolstwa. Jak sobie kto lepiej popil, to i kaplanom
Nur Nemruta poczynal wygrazac. Slowem, nastroje bylyby ze szczetem
zwyczajne - gdyby nie onegdajszy napad szczurakow. Ludziska co prawda
nie wspominali o zwierzolakach ni slowem, ale tez nie trzeba bylo
nikomu przypominac, ile spichrzanskich kamienic ustrojono zeszlej
nocy kirem. Siedzieli wiec tylko przy trzech dlugich stolach
rozstawionych posrodku karczmy, niby smiali sie i poslugaczki wedle
zwyczaju klepali po tylkach, ale byla w tym jakas posepnosc i
nieoczekiwana zacieklosc. Jakby wiedzieli, ze szykuje sie jeden z
owych krwawych spichrzanskich karnawalow - zas zle ledwo zaczelo
sie srozyc i niepredko przycichnie.
- Skadze was, dziadu, bogowie prowadza? - zagadnal ktos zebraka.
- Az daleka - odezwal sie w pospolitym, chlopskim narzeczu. - Zza
Gor Zmijowych.
- Tedyscie pewnie kawal swiata ogladali - zachecajaco odezwal
sie gospodarz, ktory rozumial, ze nie ma jak ciekawa opowiesc,
zeby gosci przy stole zatrzymac. - Powiedzciez nam, co tam w wielkim
swiecie gadaja.
- W wielkim swiecie, z podziekowaniem waszmosci - zebrak zgrabnie
pochwycil podsuniety przez oberzyste kufel - wszystko po staremu.
Sokoly gora lataja, dolem baby dra sie i dzieci rodza. Na
goscincu zbojcy rabuja, a karczmarze wciaz skapi. Tak drzewiej
bywalo, tak i po kraj swiata bedzie.
- Ot, sprytny dziadyga! - zasmial sie przysadkowaty mlodziak w
skorzanym fartuchu i kapeluszu przybranym znakami cechu nozownikow. -
Ani slowko mu sie nie wypsnie bez zaplaty. Masz tu, dziadu,
polgroszowke, zebys i ty we swieto pohulal xdziebelko. I
zebysmy wasza opowiesc uslyszeli.
- Piekne dzieki mlodemu panu - zebrak sumiennie sprawdzil zebami
jakosc kruszcu. - Zdrowia, szczescia i blogoslawienstwa bozego
zycze. Ale wedle opowiesci, to po co wam o wielkim swiecie
sluchac, kiedy teraz caly wielki swiat ku wam przepatruje i znaku
czeka?
- A czemuz to? - zdziwila sie dziewoja o perkatym nosie; inni tez
chetniej przychylili ucha, bowiem choc w swej spichrzanskiej dumie
nie watpili bynajmniej, ze wszelkie oczy nakierowane sa wlasnie na
nich, zawszec milo, kiedy obcy czlek podobna rzecz rzeknie.
- A to dlatego, piekna panienko - odparl z namaszczeniem zebrak, zas
dziewoja, w istocie raczej szpetna, poczerwieniala az po czubek
perkatego nosa - ze sie w ten spichrzanski karnawal losy calego
waszego wladztwa na szali kolebia. Co ja gadam! Calych Krain
Wewnetrznego Morza, od Szczezupinskich Wysp az po najdalsze krance
Sinoborza. Calego swiata moze.
Ktos zasmial sie uragliwie w glebi karczmy, ale tlum
czeladnikow zgestnial wokol zebraka.
- Szedlem przez Gory Zmijowe - poczal opowiadac. - Dlugo
szedlem, za dnia mnie sloneczko boze grzalo, nocka miesiaczek
droge wskazywal, o poranku rosa strudzone nogi omywala. Dzien za
dniem szedlem, miasta ludne mijalem i wawozy, gdzie zwierz dziki
krazy. Ptaszeta mi spiewaly, a dobrzy ludzie o urodzie Spichrzy
prawili, o Spichrzy urodzie i mocy Nur Nemruta, co w bialej wiezy
siedzi, posrodku miasta. Zbojcy mi przejscie dali, wilki w pokoju
ostawily, spokojna mi byla sciezka, a gory przychylne. Az do
wczorajszej nocki - glos jalmuznika wzniosl sie. - Bo nocki
wczorajszej cosik sie pod miesiaczkiem odmienilo. Sam nawet
miesiaczek ze szczetem inny byl, bo niziuchno nad przydroznymi
jablonkami wisial, od krwi przelanej ciezki, koralowy. A po bokach
sciezki krzyki niewiescie slyszalem, rzezenie mordowanych
mezow i placz dzieciatek malenkich...
- Szliscie przez nasze ziemie wedle Modrej - z przestrachem odgadla
zona karczmarza. - Jakimze sposobem zwierzolacy was oszczedzili?
- Dziecko niewinne a zebrak slepy i po wodzie przejdzie - odparl z
moca. - Pan moj, Cion Ceren Od Kostura ochronil mnie, swoja moca
niby plaszczem zakryl przed oczyma plugastwa. Wiodl mnie sciezka
poprzez ciemne, jalowe pole, nad ktorym krzyczaly kruki, a sprosna
gromada wyrywala kawaly z drgajacych jeszcze cial. Przeprowadzil
mnie przez miasto wyludnione, gdzie sie miedzy murami smierc jeno
ostala i pohanbienie, a zwierzolackie przekletniki tancowaly na
martwych ulicach z trupami niewiast. I poprzez obozowiska, gdzie w
wielkie wrzace kotly ciskano zywe jeszcze dzieciny...
- Bogowie! - odezwal sie ktos z tylu, zza plecow czeladnikow,
ktorzy teraz zbita gromada tloczyli sie wokol zebraka.
- Szedlem nocke cala, nogi okrwawilem. Na darmo. Bo kiedy o swicie
zastukalem do wrot cytadeli jasnie ksiecia pana, pacholkowie mnie
psami poszczuli. - Tlum zaszemral niechetnie. - Powiedzcie mi, zacni
spichrzanscy mieszczanie, czemu pan wasz w Gory Sowie nie rusza? Czemu
szczurzego plemienia ogniem nie przesladuje? Toz wojska ma dosyc,
czemu tedy zwleka? Czemu wy po bliskich placzecie, a on tam w cytadeli
z wszetecznymi dziewkami maskarade szykuje? Czemu wy ledwo w zacnych
piersiach gniew i rozpacz powsciagacie, a on we stolpie biesiaduje,
bardowie go bezecnymi spiewkami bawia? Czemu wam w ow dzien Zarow,
najswietszy z dni, wszelka radosc odebrano, a on za zawartymi
bramami ze Zwajcami bezbozne przymierze gotowi?
- Niepodobna! - odezwal sie porzadnie odziany, siwy szlachcic. -
Prawda, ze sa w cytadeli Zwajcy, ale to jeno maly oddzial
najemnikow, co po sluzbie do dom ciagnie.
- Niepodobna? - zasmial sie zebrak. - Niepodobna, powiadacie, dobry
panie? Tedy rzeknijcie, czemu miedzy najemnikami zwajecki kniax
ukryty. Ano, samego Suchy-wilka w cytadeli goszcza. I zgadnijcie, zacni
spichrzanscy mieszczanie, czego on tutaj szuka? Poboznosc go
przygnala?
- Wiele ty, dziadu, widzisz, moze i za wiele - przerwal mu zexlonym
glosem drobny czlek w poszarzalej samodzialowej oponczy. Oberzysta
niezwlocznie rozpoznal w nim ksiazecego szpiega i przerazil sie
niezmiernie, ze dziadowskie opowiesci sciagna mu na glowe
straznikow. -Ale chyba nie tymi slepymi slepiami, co je pod szmata
skrywasz. Tedy ja sie zapytuje, skad u ciebie podobne wiesci?
Wyweszone?
- Nie, nie wyweszone. - Dziad siegnal po kolejny kufel piwa. -
Widzicie, panie, czlek slepy wiele slyszy. Ot, jako teraz slysze,
ze ktos w wy krochmalonych halkach jasnie panienki gmera. - Szlachcic
odwrocil sie ku swej corce, wysokiej, jasnowlosej dziewczynie,
ktora zarumienila sie i szybko odsunela od nozownickiego
czeladnika. -A i to slyszalem, jakescie przed karczma bardzo pilnie
komus obiecywali Rutewke wytropic...
- Kurwi synu! - Czlek w oponczy rzucil sie ku zebrakowi, ale nie
siegnal, bo czyjes zylaste ramiona chwycily go pod pachami,
wyszarpujac sposrod dziadowskich sluchaczy.
I jesli dziadyga mial istotnie sluch tak wycwiczony, jako sie
przechwalal, tedy rychlo uslyszalby dobiegajace z tylow gospody
wrzaski i paskudne charczenie. Nozowniccy czeladnicy po raz kolejny
dowodzili jakosci slawetnych spichrzanskich ostrzy.
- Powiadam wam, zacni mieszczanie - dziad ciagnal, jakby nic sie nie
stalo - nie siedxcie tu i nie ogladajcie sie na ksiecia, bo was jak
cieleta na rzex wyda. Nie dosc, ze krewniakow nie pomscicie, ale
jeszcze wojne w dom sciagniecie.
- Jak to? - spytal ktos niepewnie.
- A tak to - opowiedzial zebrak - ze ksiaze jasnie pan sie
pokatnie ze Zwajcami zmawia, ale i swiatynni przecie nie lepsi.
Spytajcie wielebnego Kraweska, nie prawda li, ze wczorajszego ranka
szczurakow w swiatyni podejmowal? Nie prawda li, ze pospolu z
pomorckimi kaplanami umyslil sie ulozyc w cichosci ze
zwierzolakami, by mu nad bokiem nie stali, kiedy sie wojna w Krainach
Wewnetrznego Morza na dobre rozpeta? Taka to prawda, zacni
spichrzanscy mieszczanie. Ani wasi ksiazeta, ani kaplani nie
dbaja... - tu przerwal, bo ktos z nagla pociagnal go za lokiec
w ciemna sien.
- Dosc sie, dziadu, napytlowales - odezwal sie nad jego uchem
przyciszony glos. - Czas, zebys sie z Rutewka poznakomil.
***
- Wiec powiadasz, ze nasi kaplani dogadali sie z klechami Zird
Zekruna?
Rutewka byl wysokim, bardzo chudym czlowiekiem, odzianym na czarno od
szpiczastego kapelusza o przeslaniajacym twarz rondzie az po klamerki
wysokich butow. Ani po kapeluszu, ani kubraku nie mozna bylo
rozpoznac jego godnosci, choc w czas Zarow mieszkancy Spichrzy
zwykli bez opamietania obwieszac sie znakami profesji, cechow i
bractw. Rutewka nie nosil nic podobnego, tylko sztywno wykrochmalona
biala kryza odcinala sie ostro od reszty przyodziewku. Jego twarz
wydawala sie pozolkla i pomarszczona niczym stary pergamin. Ale
nie byl stary - zazwyczaj ludzie nie dawali mu wiecej niz dwa tuziny
lat - tylko jakby wyniszczony powolna choroba. Nawet wlosy, zebrane
na karku w mizerny, lecz bardzo starannie spleciony warkoczyk, zdawaly
sie poszarzale i niezdrowe.
- Zas ksiaze pan knuje ze zwajeckimi bluxniercami - ciagnal,
wpatrujac sie w zebraka blyszczacymi jak od goraczki oczyma;
powieki mial nabrzmiale i opuchniete. -Ciekawe, bardzo ciekawe.
Dziad nerwowo przelknal sline. Po tym, jak wywleczono go z gospody,
porywacze na wszelki wypadek nadziali mu na leb skorzany worek. Nie
wiedzial, dokad go wioda, ale dwa razy zapadl sie po kostki w
bagnisty rynsztok i coraz mniej sobie chwalil te zabawe. Na koniec
wepchnieto go w waskie drzwiczki i poprowadzono schodami gleboko w
dol. Powietrze bylo chlodne i przesiakniete zgnilizna. Domyslal
sie, ze jest w piwnicy, pewnie pod pokaxna, kupiecka kamienica,
bowiem czul na twarzy zimny powiew.
W istocie, loszek byl wcale przestronny, podparty na masywnych
drewnianych balach i prawie calkowicie zastawiony rozmaitymi
barylkami. Znajdowali sie w skladzie wielmoznego Kurzoplocha,
jednego z najzacniejszych spichrzanskich kupcow winnych, zas w
barylkach lezakowaly nad podziw wykwintne roczniki skalmierskiego
wina. Jednakowoz, szlachetny Kurzoploch nie mial najmniejszego
pojecia, ze od ladnych paru miesiecy - mianowicie, odkad pewien
czeladnik przypadkiem odkryl zamaskowane przejscie z sasiedniej
piwnicy - jego skladzik sluzyl spiskowcom za tajemne miejsce
spotkan. Co gorsza, szlachetny Kurzoploch nie wiedzial rowniez, ze
podczas owych narad okrutnie nadwatlono zapasy skalmierskiego trunku.
Szczegolne spustoszenia poczely sie szerzyc, kiedy w piwnicy ukryl
sie przywodca spiskowcow. Rutewka bowiem, choc postury nikczemnej i
glowy tez nie najtezszej, rzucal sie na zapasy wielmoznego
Kurzo-plocha z osobliwa zaciekloscia, jakby owe rzedy barylek
byly szeregami jego politycznych przeciwnikow.
- Ale jeszcze ciekawsze, skad ty to, dziadu, wszystko wiesz? - Rutewka
podejrzliwie zmarszczyl nos.
- Objawienie mialem - hardo odparl zebrak.
- No, no - spiskowiec usmiechnal sie waskimi, bladymi wargami. -
Zadziwiajaco dokladne objawienie i bardzo na czasie. Bo wy tam w
gospodzie gebowaliscie nie tylko o gosciach w cytadeli jasnie pana,
ale i o tajnych kaplanskich naradach, a co sie w wiezy Nur Nemruta
dzieje, nawet ja sie wywiedziec nie potrafie. Lecz i tego nie dosc.
Bos sie, dziadu, bardzo skladnie zakradl do nozownickiej oberzy i
nie gdzie indziej, ale wlasnie tam swoje objawienie zaczal glosic.
Jakbys jasno rozumial, gdzie znajdziesz takich, co cie uslyszec
powinni. A potem lebsko moje imie w pogwarki wplotles, zanadto
lebsko jak na zwyczajnego jalmuznika. I cos mi sie zdaje, dziadu,
zes mi insze jeszcze rewelacyje wyjawic powinien, jeno sie lekasz.
Tedy sie nie lekaj nadaremno i gadaj smielej. Od swojego imienia
zacznij. I tego, kto cie posyla.
- Moje imie niewiele wam rzeknie, wielmozny Rutewko - zebrak
poprawil na lbie zawoj bandaza. - Dosc, ze wiesci przynosze
dlugo wyczekiwane. Ale jesli to ma wam lepiej dogodzic, tedy
wolajcie mnie Derkacz.
- Zatem, moj dobry Derkaczu, nic wiecej mi wyjawic nie chcesz -
Rutewka skrzywil sie niebezpiecznie. - A to mi sie nie podoba, wcale
nie. Widzisz, moj dobry Derkaczu, ja jestem czlek prosty. Ze mna
trzeba zwyczajnie, ze szczerego serca gadac. Bo ja sie tajemnicami
brzydze. Bo jak mi sie taka tajemnica oczy mydli, to moge sobie
pomyslec, ze ktos chce moimi rekoma wlasne porachunki zalatwiac.
Ze mnie ktos podbechtuje, bym za niego gorace kasztany z ognia
wyciagal. A ja temu bardzo niechetny, moj dobry Derkaczu. I moze to
byc rzecz dla wszystkich nieprzyjemna, bowiem tu sie nozowniccy
czeladnicy kreca, a oni maja zwyczaj nosic przy sobie zelastwo.
Dobrze naostrzone zelastwo. Powiadam wiec po dobroci, moj Derkaczu,
lacniej ty ze mna gadaj, nixli z nimi, bo oni sa bardzo predcy i to
nie tylko w gadaniu.
- Nie straszcie mnie, wielmozny Rutewko, jam czlek niestrachliwy -
flegmatycznie odparl zebrak. - Nie po to mnie tu wasze poplecznik!
przywiodly, zeby zaraz cichaczem zarznac. Chcialem z wami mowic,
boscie czlek rozumny i posluch w miescie macie znaczny...
- Ktos ci glupot nabajal, dziadu! - zachichotal ochryple Rutewka. -
Posluch w miescie! Odkad mnie ksiaze pan banita obwolal, jeno
same szczury mi przyjaciolmi. Ot, siedze w wilgotnej norze i prawie
ludzkiego oblicza nie ogladam. Tyle ze mi kto od swieta kawal
splesnialego chleba podrzuci, zebym z glodu nie sczezl.
Uzaliwszy sie nad soba, Rutewka spojrzal chytrze ku dziadowi,
czekajac odpowiedzi. Bowiem kazdy czlowiek lepiej obeznany w
spichrzanskiej polityce rozumial, ze z banicja to nie do konca tak
bylo. W istocie Rutewka od kilku ladnych lat w miescie macil.
Pobratal sie z drobnym mieszczanstwem, z rzemieslnikami, a nade
wszystkim z najemnymi pracownikami, czeladnikami, partaczami i calym
drobnym miejskim motlochem. Czas jakis nawet na ratuszu zasiadal, ale
co roztropniejsi mieszczanie nie tylko, ze go sluchac nie chcieli,
ale jeszcze wszelkie jego zamierzenia zawczasu niweczyli. I tak sie
rychlo skonczylo, ze go z rady precz popedzono, a Rutewka solennie
znienawidzil patrycjuszy - z wzajemnoscia zreszta.
Po nieslawnej porazce w radzie miejskiej Rutewka wiecej nie mieszal
sie w urzedowa polityke i do sprawy zabral sie zgola
nieurzedowo, ale z rownym zapalem, budzac coraz wieksze
przerazenie w szeregach zasobnego mieszczanstwa. Zrazu nie osmielal
sie jawnie zadzierac ani z ksieciem, ani ze swiatynia. Ostrze jego
gniewu skierowalo sie przeciwko wrogowi zgola mniej groxnemu, acz
blizszemu i bardziej podatnemu na napasci - mianowicie przeciwko
miejskiemu patrycjatowi. Rutewka nie byl glupcem, co to, to nie.
Pojmowal wysmienicie, ze trudno bedzie podjudzic pospolstwo
przeciw starej szlachcie, a tym bardziej kaplanom. Ale ze swiezo
uszlachconymi mieszczanami sprawa byla zgola odmienna. Byl to wrog
swojski, by nie rzec, na wlasnej piersi wyhodowany, a przy tym bez
ogrodek obnoszacy sie ze swa nowa pozycja. Jednak tak naprawde
poszlo o rzecz jeszcze bardziej przyziemna - o podatki.
We Spichrzy rozumiano, ze stara zasiedziala szlachta ma swoje
przywileje i, przy calym zwyczajowym gderaniu, ludzie przywykli do owej
niesprawiedliwosci. Podobnie stala rzecz z kaplanami Nur Nemruta. Ale
dlaczego byle kupczyna od nas lepszy, mysleli ponuro cechowi
mistrzowie, skoro zyja jeszcze ludzie, co pamietaja, jak jego dziad
bednarz wedle Solnej Bramy wiorki strugal? Czemu nam ksiaze pan
kark do ziemi podatkami przygina, a byle kleszcz marny, co na lichwie do
majatku doszedl, nie dosc, ze grosza zlamanego nie placi, to
jeszcze szostka koni po miescie sie rozbija? Dlatego, ze za
gotowizne u ksiecia pergamin wykupil, to on na ostatek jasnie pan?
Dlatego, ze mu skryba na kolasie zamiast gmerka herb wymalowal, ze
lwem albo i dziewka, co golym tylkiem swieci?
Ostatnimi czasy owe szemranie przybralo na sile. Zbiory od lat byly
nader marne. Na przednowku ludzie glodowali, zas najpierw regenci,
potem ksiaze pan poczeli bez rozmyslu sprzedawac za gotowizne
uszlachcajace dokumenta. Doszlo do tego, ze stary Skwarek, miejski
grabarz, ktorego aczkolwiek nikt za reke na okradaniu grobow nie
zlapal, ale glosno o tym na targowiskach gadano, wysuplal nielichy
worek srebrnikow i powlokl sie do cytadeli po dowod szlachectwa.
Ksiazecy urzednicy nie zwlekajac, popedzili go precz, ale cale
zdarzenie wielce ludzi wzburzylo.
I wtedy wlasnie znow znienacka wyplynal Rutewka. Z poczatku tylko
gadal po karczmach, co jeszcze nikogo za bardzo nie niepokoilo.
Wkrotce jednak zaczal po placach wyglaszac rozmaite oracyje.
Gardlowal o prastarych spichrzanskich wolnosciach, o przywilejach,
ktore siegaja czasow Vadiioneda i dowodnie wyluszczaja wszelkie
swiadczenia - a naturalnie nie znajdziesz w nich ni polowy tego, czego
dzis jasnie ksiaze Evorinth wymaga. Jednak zaskarbil sobie wielka
slawe nie owymi historycznymi przykladami, ale bardzo przytomnym
gromieniem swiezo upieczonej szlachty. Jakze to, wolal Rutewka na
srodku Rynku Solnego, czy nie widzi nasz dobry pan Evorinth, ze
marniejemy pod jego bokiem? Nie rozumie, ze przez jego fanaberie, przez
przywileje i uszlachcenia bez-rozumne z kazdym rokiem mniej nas,
pospolitakow, ktorzy caly ciezar ksiestwa na wlasnych barkach
dxwigamy? Bo podatki nie lzeja, bynajmniej, tyle ze na mniej glow
je ninie dzielic trzeba. Tedy ja sie pokornie zapytuje, co pana
czyni? Czy urodzenia godnosc i czyny przodkow szlachetne, jako
drzewiej bywalo, czy gotowizna, za ktora u ksiazecych skrybow
byle lajdak pergaminus sobie wykupi? Ja nie przeciwko ksieciu panu
skargi podnosze, ale przeciw onym pijawkom, co sie na naszej krwi
upasly. Niechaj i oni dla pospolnego dobra sie przyczynia, niechaj
po staremu ksiazeca danine placa...
Jak mozna bylo przewidziec, bardzo sie jego slowa pospolstwu
podobaly. Az na koniec, rozbestwiony milczeniem rady miejskiej,
Rutewka splodzil Wielka Petycje. W tuzinie artykulow opisal
zadania pospolitego czlowieka i ze jako zwyczajnemu chamowi
straznicy bronili mu dostepu na ksiazece pokoje, wlasnorecznie
przybil je na dxwierzach cytadeli. I tu sie Rutewka bardzo
przeliczyl. Bowiem ksiaze nie mieszal sie w miejskie niesnaski,
ale podobne zniewagi przyjmowal bardzo nieprzychylnie. Nim jeszcze
dzwony oddzwonily wieczorne modly, na wszystkich placach Spichrzy
odczytano ksiazecy edykt, ktory oglaszal Rutewke banita,
skazywal na wygnanie z miasta i surowo zakazywal wszelkich z nim
konszachtow.
Wtedy jednak bylo juz duzo, duzo za poxno. Rutewka ani myslal
wynosic sie ze Spichrzy. Mial nieliche grono poplecznikow, ktorzy
go chylkiem wywiedli z domu, i odtad zapadl sie niczym kamien w
blotnistych, spichrzanskich ulicach. Nie znaczy to bynajmniej, ze
macenia zaprzestal. Przeciwnie, powszechnie bylo wiadomym, ze sie
ze swymi stronnikami zmawia, zas od czasu do czasu na placach
pojawialy sie nader zjadliwe paszkwilusy podpisane jego imieniem.
Cale miasto mialo przednia ucieche, bowiem choc Rutewka zaslynal
wrednymi mowami, w pismie okazal sie daleko wredniejszym. O ile
przemawiajac hamowal sie jeszcze, teraz z kretesem popuscil sobie
cugli i nikogo nie szczedzil. Ze zas mial prawdziwy talent do
skladania sprosnych kupletow, rychlo na spichrzanskich ulicach
powtarzano przyspiewki o burmistrzu, radzie miejskiej, a nawet o
ksieciu i pani Jasence.
A jeszcze poxniej rzeczy poczely isc ku gorszemu. Rutewka
pobratal sie z nozownickimi czeladnikami, ktorych byla w Spichrzy
cala rzesza, a bardzo mistrzom niechetnych. Rychlo dolaczyli do
nich wyrobnicy, ktorzy w budach za murem materie barwili, nazywani
pogardliwie Sinymi Kciukami, od farb, ktorymi upaprani chodzili. Do
spisku wciagnieto tez szkolarzy, co Rutewkowe paszkwilusy
przepisywali, a w potrzebie potrafili miejskich pacholkow nielicho
poturbowac. I nim sie ktokolwiek obejrzal, poczely sie po miescie
mnozyc napady na nowo uszlachconych mieszczan. Trafialo sie, ze w
bialy dzien obdzierano ich z przyodziewy, kijami bito albo i
chlostano, na skrwawionych plecach malujac sina farba owe gmerki, od
ktorych sie w nowo nabytym szlachectwie odzegnywali. W koncu nawet
ksiazecy dworzanie bali sie po zmierzchu zapuszczac w co bardziej
pobuntowane dzielnice. Jednym slowem, prawomocnie z miasta wypedzony,
zdolal Rutewka ze swoja szajka nieprawomocnie, wszak nader
skutecznie cala Spichrze zastraszyc.
- Raczycie zartowac, wielmozny Rutewko - rzekl dziad. - Przecie az
po kraj Gor Zmijowych wiadomo, kto Spichrza trzesie. Zas co do
porachunkow, ktore niby waszymi rekoma zalatwiac probuje... To
przecie was, wielmozny Rutewko, do niczego zmuszac nie zamierzam, jeno
poslanie wiernie przekazuje.
- Czyje poslanie?
- Nieznanych przyjaciol - powiedzial zebrak. - Takich, co sie
waszym czynom z daleka przygladaja, a pomoca pragna sluzyc.
- Nie przypadli mi do gustu twoi przyjaciele - kategorycznie stwierdzil
Rutewka. - A wiesciom twym, dziadu, tez nie dowierzam.
- Wasza wola, wielmozny panie - wzruszyl ramionami zebrak. - Ale
przeciez musicie wiedziec, ze sie wczorajszego ranka kaplani
schodzili w wiezy Sniacego. Wielebny Krawesek sprosil bez miara
wszystkich, ktorzy w miescie goszcza. Byl tam i kaplan Fei Flisyon,
ktorego domostwo przed zmierzchem splonelo, zas samego Krotosza nie
udalo sie odnalexc, choc ksiaze nie ustaje w wysilkach. Jednak
nie z tego was najwieksze zadziwienie zdjac winno, bowiem w wiezy
Sniacego rzadki gosc zawital, dawno niewidziany. Sluga Bad Bidmone
Od Jabloni.
- Nie wierze. - Przywodca spiskowcow dlubal w zebach dlugim
paznokciem i nawet nie patrzal ku dziadowi. Udawal, ze go bardzo
zajmuje spasiony szczur, ktory ostroznie przechodzil po poprzecznej
belce nad ich glowami.
- Zwazcie, ze wielebny Krawesek wezwal wszystkich, ktorzy ongis
swiadczyli uklad miedzy Spichrza a zwierzolakami z Gor Sowich. Juz
sama owa kompania winna dac wam do myslenia.
- Te sama bajde wpieraliscie moim ludziom w gospodzie - powoli
rzekl Rutewka. - Co z tego, ze sie kaplani w wiezy schodzili, wolno
im. A o czym radzili, darmo sie spierac. Dziwna wasza bajka, powiadam,
i bardzo pokretna, a wiare dac jej ciezko.
- Tedy nie wierzcie - zasmial sie zebrak. - Tu nie swiatynia, a
mnie wasza wiara niepotrzebna. Bo sedno nie w tym, o czym rozprawiali,
ale o czym mowic mogli.
Rutewka przygryzl warge. Namyslal sie.
- Grunt, ze wasi ludzie w moja bajke uwierzyli - mowil dalej
zebrak. - Nie rozprawiajmy o prawdzie, bo tu nie o prawde idzie.
Spichrza od zlosci ciezko dyszy. Podsunal im ksiaze pan
wiedxmy dla ochlodzenia umyslow, co jest bardzo dobry pomysl, ale
wasza w tym glowa, by sie na wiedxmobiciu nie skonczylo. Bowiem po
prawdzie wyscie, wielmozny Rutewko, na podobna okazje ladnych pare
lat czekali, a ja wam ja teraz na kiju podsuwam pod sam nos. Zadbajcie,
by dlugo ten spichrzanski karnawal pamietano.
Przez dluga chwile przywodca spiskowcow przygladal mu sie w
natezeniu.
A potem rozesmial sie na cale gardlo.
- Nie wiem, dziadu, kto cie do mnie wyslal - zarechotal - ale masz
racje. Co nam za roznica, czy istotnie ksiaze ukladal sie ze
Zwajcami, a kaplani szczurakow we swiatyni kryja? Dosc, ze
Zwajeccy jawnie miedzy kramami chodza, a za owa rzex wedle Modrej
ktos predzej czy poxniej glowe da. Tyle, zem wciaz ciekaw
twoich sekretnych przyjaciol. I zastanawiam sie, czy ci na wszelki
wypadek karku nie skrecic. Bo moze sie zdarzyc, ze uslucham
twojej rady, a za pare lat ktos zastuka do moich drzwi i bedzie sie
dopominal zaplaty za dzisiejsza pomoc. A ja nie zaciagam dlugow,
nie wiedzac, kiedy je placic przyjdzie. I w jakiej monecie.
- Przeto zostawmy rzecz, jako jest - poradzil niestropiony zebrak. -
Przestancie mnie za jezyk ciagnac, o imie i mocodawcow
wypytywac. Pozwolcie lepiej, zeby bezimienny dziad glosil swoje
objawienie na spichrzanskich placach. Bede krzyczal o ksiazecych
grzechach i kaplanskim przeniewierstwie... I rychla kare zapowiem,
jesli wystepku ogniem nie wypala, jak to sie zwykle w takich razach
gada. Co potem bedzie, wasza rzecz.
Rutewka z zastanowieniem przymruzyl oczy. I cos bardzo nieprzyjemnego
pojawilo sie na jego wysuszonym obliczu.
- A jak sie potem do was kto po zaplate upomni - prawil dalej
zebrak - tedy z czystym sumieniem rzekniecie, albo i przed oltarzem
Sniacego zaprzysiegniecie, zescie za zywota nigdy ani mojej, ani
jego twarzy nie ogladali. Zreszta, wasze slowo przeciwko obcego
slowu bedzie, a nie widzi mi sie, zeby wasi nozownicy obcych
sluchali.
- I tu sie, dobry Derkaczu, srodze mylisz - zasmial sie szyderczo
Rutewka - i na miejskiej polityce zgola nie rozumiesz. Niech sie tobie
nie zdaje, ze do konca swych dni zamyslam schlebiac pospolstwu.
Widzisz, zebraku - podjal powazniejszym tonem - moj pradziad byl
chlopem nie-wolnym i gdzies tu wedle Spichrzy w panskich wlosciach
kapuste sadzil. Ale widac mu owo warzywne zajecie nie przypadlo do
gustu, bo do miasta zbiegl.
- Powietrze miejskie wolnym czyni - pokiwal glowa zebrak.
- Ano wlasnie - przytaknal Rutewka. - Takoz i moj pradziad, od
niewoli oswobodzon, w warsztatach przy krosnach do pracy sie najmowal.
A moj dziad sam kobierce wedle muru splatal. Po partacku, bo przeciez
nikt przybledow do cechu nie przyjmuje. Ojciec byl juz szanowanym
rzemieslnikiem i pod koniec zycia dorobil sie wlasnego warsztatu.
Ale syna wcale do rzemiosla nie sposobil. Przeciwnie, wyksztalcil
mnie na prokuratora, co jest rzecz przydatna i rozumna. Nie bede ci,
dziadu, tlumaczyl, jakim sposobem do rozglosu i jakiej takiej
fortunki przyszedlem, bo czasu szkoda. Jednak rychlo sie mialo
okazac, ze patrycjusze krzywym okiem ku mnie spogladaja. To i
dobrze, pomyslalem, nie bede wam nadskakiwal, ale przyjdzie czas,
ze wy po moja laske przybiegniecie, a chyzo. Bo ksieciu panu
wszystko jedno, z kim sie uklada: ze mna czy z zasiadaczami, co w
ratuszu radza. Jemu o to tylko idzie, zeby w miescie spokoj byl, a
podatki co do grosika poplacone. I kiedy sie tu na dobre wrzawa
rozpeta i zamet, bedzie mu trzeba jakiego obrotnego czleka, zeby
rozbuchane umysly uspokajac. Kogos, kto posluch miec bedzie
miedzy motlochem i w karby go ujac zdola. Co mu szkodzi owym
swiezo uszlachconym mieszczanom zlota nieco upuscic? Toz dla niego
czysty zysk! A ja - przylozyl reke do zapadnietej piersi - ja jego
zaufanym, a moze i doradca zostane. Ksiazecym gubernatorem
Spichrzy!
- Szumne plany - z zaduma powiedzial jalmuznik.
- A jak myslisz, moj dobry Derkaczu - zachichotal Rutewka - jak
dzisiejsi rajcy do bogactwa sie dopchali? Te wielkie spichrzanskie
fortuny, zacne rody... Jakby tam trocha pod patyna pogrzebac, to co
sie naszym oczom objawi? Ano, tuzin ladacznic, co ksiazece
bekarcieta w zywocie nosily. Ale procz tego znajdziesz, zacny
Derkaczu, wielka mnogosc rebeliantow, co niegdys pospolstwo
przeciw zwierzchnosci wiedli, wszakoz nie po to, aby oblicze swiata
zmieniac a naprawiac, ale wlasnej ambicji dogodzic. A potem na
plecach motlochu wspieli sie do owych dostojenstw, ktore zrazu
gromili. Tak to sie wlasnie dziwnie na bozym swiecie plecie: dzis
buntownicy, jutro buntownikow pogromcy. Tylko pokorni do konca dni
kapuste sadza!
Jesli do tej pory zebrak niebezpieczenstwa nie spostrzegl, to z owej
nieoczekiwanej otwartosci pojal bezsprzecznie, ze Rutewka w zadnym
razie nie pozwoli mu dozyc do konca karnawalu.
***
Werble zagraly marszowym rytmem i z podcieni okalajacych Solny Rynek
wylonilo sie czolo swiatecznego pochodu. Na samym przedzie
niesiono swieta choragiew ze zlotym wizerunkiem zmija, od
niepamietnych czasow przechowywana w swiatyni Nur Nemruta. Za nia
dumnie kroczyli rajcy miejscy, starajac sie dostosowac krok do
wybijanego przez werblistow tempa. Jednak nie bardzo im sie owa sztuka
udawala. Po czesci dlatego, ze przywdziali sute, swiateczne szaty
i podbite futrem plaszcze w spichrzanskich barwach. Wzrok Zarzyczki
przyciagnal grubasek w naszywanym zlotymi luskami kubraku. Dreptal
nieco w tyle i juz teraz wydawal sie okrutnie znuzony. Dziw bedzie,
pomyslala ze wspolczuciem, jesli sie w tym upale z kretesem we
wlasnym sosie nie ugotuje.
Za rajcami, jak swiateczny zwyczaj kaze, kroczylo zebracze bractwo.
Byl to ich dzien. Poniewaz w czas karnawalu na opak odwraca sie
wszelkie codzienne prawa, jalmuznicy zajmowali miejsce posledniejsze
jedynie wobec rady miejskiej. Caly rok pogardzani i lzeni, teraz
maszerowali dumnie srodkiem rynku. Z przodu Zarzyczka rozpoznala
gromadke wedle tradycji poprzebierana za kaplanow Krain
Wewnetrznego Morza. Rudobrody wojownik z Wysp Zwajeckich w wysokim,
zwienczonym turzymi rogami szlomie wspieral chudziutkiego kaplana w
brunatnej pomorckiej kapicy i owa niebywala komitywa zbudzila wsrod
gapiow wrzawe radosnych okrzykow. Sluzka Hurk Hrovke, niska,
garbata starucha przyodziana w resztki popekanego bechtera pedzila
stadko koz i ku powszechnej uciesze okladala je na plask mieczem.
Slynacy ze skapstwa sluga Zaraxnicy rozrzucal w tlum deszcz
pomalowanych zlota farbka drewnianych dukatow.
A z tylu Zarzyczka spostrzegla wysokiego czlowieka w laciatej
oponczy. Niosl papierowy proporzec, na ktorym - o dziwo - powiewaly
znajome lwy. Stara choragiew zalnickich kniaziow, ktora ksiaze
nakazal na jej czesc wywiesic na spichrzanskiej cytadeli. Lzy
zakrecily sie jej w oczach.
- A Wezymord? - spytala znienacka Szarka. - Opowiedz mi o
Wezymordzie, ksiezniczko. I o tym, jakim sposobem juz od trzech
pokolen na polnocy go ogladaja.
- Nie wiem - Zarzyczka az sie wzdrygnela. - Nie chce wiedziec. To
sprawy miedzy nim a Zird Zekrunem. Nieludzkie sprawy, nieczyste. Nie
pytajcie mnie o nie.
- Ja wiem - wtracila wiedxma. - Mowili o tym wczoraj na Tragance.
- Gdzie? - zdumiala sie ksiezniczka.
- Potem - uciela niecierpliwie rudowlosa. - Wiedxmo, nie powinnas
byla zwlekac z podobnymi wiesciami. Zbyt wiele nas twoja
opieszalosc moze kosztowac.
- Przeciez sama wiesz, co sie zdarzylo z Wezymordem
- piegowata niewiastka zmarszczyla nos. - Wiesz dobrze, jak to robia,
niektorzy z nich, ci, co przychodza z wody. Wielka magia, utkana z
krwi i wlasnego ciala, by dwoje moglo stac sie jednym i przezyc.
W rytmie werbli cos sie nieznacznie zmienilo. Nowa, dziwna nuta
wkradla sie do melodii. Przez rynek szly teraz cechy rzemieslnicze.
Jednak Zarzyczka widziala wyraxnie, ze wiele z nich nie wystapilo
bynajmniej pod uroczystymi proporcami zmijow. Przeciwnie, zamiast
zlotych wizerunkow wezy nieba nad pochodem coraz groxniej
powiewaly czarne, zalobne choragwie. Zas na wielu kapeluszach
Zarzyczka nie dostrzegala znakow cechowych, tylko szerokie sine
szarfy. Opadaly maszerujacym az na plecy, a na ich krancach
wymalowano znaki, ktorych nie potrafila odczytac.
Rozumiala tylko tyle, ze uprzednia radosc tlumu zamierala i nikla
bez sladu.
Szarka patrzyla ponad glowami pochodu, prosto w slonce. Siedziala
bez slowa, a po jej policzkach z wolna plynely lzy.
- Nie chcialam w to wierzyc - powiedziala wreszcie cichym,
rozedrganym od emocji glosem. - Nie chcialam wierzyc, ze takze
tutaj...
Zarzyczka bezradnie popatrzyla ku wiedxmie.
- Dawno temu, kiedy jeszcze szczyty Pomortu lezaly la dnie morza -
blekitnooka niewiastka przymknela oczy zaczela opowiadac, a jej
glos zmienil sie i nabral dziwnej glebi - Zird Zekrun odnalazl
Wezymorda i wiele mu przyobiecal: okrety niedoscigle, nad krainami
wladze, slawe )o kraj swiata. Zemste nad rodem zalnickiego
kniazia.
I niesmiertelnosc. - Ksiezniczka gleboko wciagnela powietrze.
- A kiedy nadszedl czas, zeby wypelnic obietnice, Zird Zekrun
poczal przywabiac sorelki z glebin morza, niesmiertelne boginki,
ktore zyja u korzeni lodowych gor. Przybywaja do pomorckich
brzegow na wezwanie, gdyz nawet przedksiezycowe moce nie potrafia
oprzec sie woli boga rownie poteznego, jak Zird Zekrun. On zas
wprzega kropla po kropli w cialo Wezymorda, bo czlowiek jest zdolny
zgodzic sie na wiele, bardzo wiele, by zejsc ze sciezki
smiertelnych...
Tymczasem w dole zza plecow rzemieslnikow wybieglo stadko dziewczat
w zoltych sukniach i wiankach ze swietego kwiecia. Prastarym
zwyczajem zbieraly od gapiow gliniane figurki chrabaszczy i myszy,
przesladujacych okoliczne pola, i rozbijaly je na goscincu, by
zapobiec plagom czy nieurodzajom i zawczasu odwrocic wszelkie
nieszczescie. Tanczyly przy tym dziwaczny, powolny taniec, ktorego
znaczenia nikt nie potrafil juz odgadnac. Lecz tego roku zamiast
blogoslawienstw posypal sie ku nim istny grad brunatnych farfurek.
- Dalejze! - wrzasnal karzel. Drapieznie wychylony nad rynkiem,
wydawal sie jedna z dziwacznych maszkar, ktorymi zdobiono
mieszczanskie dachy. - Dalejze, tancujcie, ladacznice!
Jakby zachecona jego okrzykiem, gromadka przebierancow o twarzach
zakrytych czarno-zoltymi maskami opadla pomiedzy dziewczeta. Nim
straznicy miejscy spostrzegli cokolwiek, pochwycili kilka tancerek i
umkneli v boczna uliczke. Pozostale z przerazeniem zbily sie w
stadko wokol platformy, na ktorej umocowano karnawalowa kukle,
jednak nie mogly znalexc zadnej ochrony przed coraz liczniejszymi
pociskami.
To figurki szczurakow, spostrzegla Zarzyczka.
Wysoka, jasnowlosa dziewczyna, ktora miala prowadzic korowod,
krzyknela przeraxliwie, ale nie zdazyla sie uchylic. Na jej
czole wykwitla krwawiaca, czerwona rana. Przez chwile, poki
ksiazecy pacholkowie nie podniesli szlochajacej panny,
ksiezniczka miala wrazenie, ze pospolstwo ja ukamienuje.
Tak samo, jak Wezymord kazal kamienowac wiedxmy nad brzegami
Ciesnin Wieprzy, pomyslala nagle.
- Wzial od wodnic nie tylko niesmiertelnosc - powiedziala Szarka.
- Moja piastunka byla jedna z nich. Z nienawisci do naszego plemienia
wprzegla sie w czlowieczy ksztalt. W cialo zwyczajnej wiejskiej
niewiasty.
- Przyjela znacznie wiecej niz ksztalt - odparla metalicznym
glosem wiedxma. - I nawet jesli byla bardzo silna, nie zdolala
odrzucic tego bez reszty.
- To prawda - zgodzila sie posepnie Szarka. - Byla zima. Moja matka
umarla przy porodzie, zas zaden z najemnikow Dumenerga nie mial
pojecia o piastowaniu niemowlat. Wiec zrobili to, co wydawalo sie
im najprostsze. Najechali pierwsza lepsza wioske i oznajmili
soltysowi, ze obwiesza go na gruszy, jesli gwaltem nie znajdzie
mamki. I wtedy wlasnie pojawila sie Mokerna. Prosta wiejska
gospodyni w pasiastym fartuchu, a przynajmniej tak wlasnie wszyscy
mysleli. Wrzala wojna. Dumenerg nie mogl dlugo popasac w jednym
miejscu, a nie chcial ani wypuscic mnie z rak, ani zostawic na
lasce wiesniakow. Na koniec postanowil zabrac ze soba i dziecko, i
piastunke. Odkad pamietam, Mokerna zawsze byla przy mnie: jedyna
matka, jaka mialam, matka, ktora wykarmila mnie wlasnym mlekiem.
Niska, przysadkowata, o brunatnych wlosach splecionych na karku w
ciasny kok i twardych, spracowanych rekach. Gdybyscie mogly widziec,
jak wygladala przedtem... Gdybyscie mogly zobaczyc je w ich
wlasnej krainie... Jedno z tych blekitnowlosych, wiotkich stworzen,
ktorych zywiolem jest woda...
- Sorelki - rzekla w zadumie ksiezniczka. - Slyszalam ich spiew.
Dawno temu, nad Ciesninami Wieprzy.
- My nazywalismy je inaczej - ciagnela Szarka. - Mieszkaly na
skraju naszej ziemi, posrodku trzesawiska, i im bardziej nasze
wladztwo roslo w sile, tym bardziej marniala ich kraina. To stara
historia i stara nienawisc. A tamtego zimowego poranka Mokerna nie
stanela przed najemnikami Dumenerga jedynie po to, aby mnie wykarmic,
ale tez, aby mnie przemienic i obrocic przeciwko wlasnemu
plemieniu. Czasami mysle - podjela po chwili - ze to ja zabijalo.
Sposob, w jaki probowala mnie nagiac do wlasnych celow i
zniszczyc... A jednoczesnie naprawde byla moja matka i te dwie
natury rozrywaly jej serce na strzepy.
Cos w twarzy rudowlosej sprawilo, ze Zarzyczka musiala odwrocic
wzrok.
Na rynku ksiazece draby zdolaly wreszcie stlumic kotlowanine i
szlachetny cech nozownikow, ktory rokrocznie bawil gapiow
starodawnym tancem z mieczami, mogl rozpoczac wystepy. Przy ostrym
dxwieku piszczalek dwie grupy mezczyzn ruszyly ku sobie,
przytupujac i wyrzucajac nad glowe krotkie ostrza. Byl to
poczatek widowiska, ktore zapowiadalo pojawienie sie
spichrzanskiego Krogulca - przebieranca, ktory przyjal na siebie
role dumnego symbolu miasta.
Jednak to, co wybieglo miedzy nozownikow, nie bylo bynajmniej
Krogulcem. Zarzyczka ze zdumieniem spostrzegla pekata, otoczona w
pierzu postac. Glowe dziwolaga zdobil pokaxny czerwony grzebien,
a na kuprze mial przytroczony sterczacy wiechec. Zakolebal biodrami,
spod ogona posypaly sie kurze jaja. Nie rozumiejac, ksiezniczka
gapila sie, jak jaja rozpryskuja sie na kamieniach rynku. A kiedy
stwor odwrocil sie ku niej, wypatrzyla na jego piersi napis:
KAPLON.
Gdaczac i drobno przebierajac nogami, swiateczny kaplon poczal
sie na przemian wdzieczyc do ksiazecych straznikow i gromko
wypominac im tchorzostwo oraz opieszalosc w gromieniu szczurakow.
To juz nie jest zabawa, pomyslala ze strachem Zarzyczka, nie
karnawalowe drwiny i przesmiewki. Ktos tych ludzi probuje podjudzic
przeciwko zwierzolakom. I ksieciu Evorinthowi.
- A poxniej? - spytala wiedxma.
- Zostala przy mnie - odparla rudowlosa. - Zostala przy mnie do
samego konca. Knula i spiskowala, a przeciez byla jedyna
niewiasta w stolpie, ktora trzymala mnie za reke, kiedy
majaczylam w goretwie. Potem zdarzylo sie, ze wydala buntownikom
klucze do zamczyska. Bylam pijana - skrzywila sie. - Wywlekli mnie z
donzonu. I kiedy mnie na koniec Eweinren odbil, nie zostalo juz
wiele do ocalenia. Ale przezylam, wylizalam sie i Llostris, ryza
wilczyca znow poczela kasac. Mokerna przewiazywala mi rany,
uwierzycie? Myla mnie, opatrywala i plakala... A ja... - zasmiala
sie cierpko - poswiecilam kogos, zeby ocalic jej zycie i nawet
dzisiaj nie potrafie wyjasnic, dlaczego. Musialam wskazac zdrajce
i zrobilam to. Brata Eweinrena. Nie powiedzial ani slowa - z mojego
powodu - i scieli go na szczycie wzgorza, przed zamkiem. Pamietam,
padal deszcz, a kat byl niewprawny w rzemiosle i musial uderzac
trzy razy. Moze juz wtedy wszystko bylo przesadzone. Zreszta nie -
potrzasnela glowa. - O Mokernie wiedzialam wczesniej. Tamtej
nocy, kiedy rebelianci zdobyli zamek i zatkneli glowe Dumenerga na
palisadzie, a mnie ktos zarzucil na glowe bialy welon z weselnej
koronki. Wtedy wlasnie zrozumialam, ze ona jest z wodnic. Ale
dopiero wowczas, kiedy otwarla wrota buntownikom i dopadli mnie w
mojej wlasnej komnacie... Pamietam, jak ktos cisnal mnie na
podloge i lezalam w kaluzy wina, a obok mojej twarzy zdychala
suka z rozplatanym brzuchem...
Zarzyczka przymknela oczy. Pod powiekami miala wspomnienie, czy tez
przeczucie, bo przeciez nie mogla tego pamietac, tamtej nocy, kiedy
pomorccy piraci spalili rdestnicka cytadele, a glowe jej ojca
obnoszono na pice wokol plonacych murow.
- Ale nawet po tym jej nie odprawilam - Szarka mowila spokojnym,
miarowym glosem, jakby to nie byla wcale jej historia. - Mokerna tez
nie odeszla, choc pewnie dobrze rozumiala, ze ja wiem. I dopiero
duzo poxniej, duzo, duzo poxniej, kiedy probowala mnie
powstrzymac przed czyms, co musialo zostac zrobione, wtedy wlasnie
przygwoxdzilam ja dwoma mieczami do gobelinu.
Kiedy to sie zdarzylo?, pomyslala z przerazeniem Zarzyczka.
Bogowie, ona nie moze byc wiele ode mnie starsza, wiec kiedy to
moglo byc? Nim skonczyla poltora tuzina lat? Jeszcze wczesniej?
Zas na rynku donosniej zabrzmialy werble i przeciagly, zalosny
glos rogow: oto wjezdzala Smierc - wychudzona, lysa niewiasta
okrakiem na osle. Na golych plecach miala wymalowane wapnem kosci
szkieletu, zas jej starcze, obwisle piersi zalosnie kolysaly sie
w rytm krokow zwierzecia.
To powinien byc patrycjusz, przypomniala sobie Zarzyczka, przebrany w
antyczna paradna zbroje dla upamietnienia pierwszego ksiecia
Evorintha, ktory powedrowal za Krogulcem i z woli Nur Nemruta
wzniosl zreby cytadeli. Co oni robia?
Daleko, na zboczu Jaskolczej Skaly dostrzegla jeszcze czolo
pochodu. Mignela jej swiatynna choragiew ze zlocistym wizerunkiem
skrzydlatego weza: wiatr targal materia i zmij falowal nad ludzkim
tlumem, jakby za chwile mial sie zerwac do lotu. Tak, znala te
wszystkie legendy. I kiedy przymknela powieki, widziala znow
smukle, roziskrzone ciala zmijow, kiedy opadaja na mury
rdestnickiej cytadeli, by zwiastowac narodziny jej przodkow. Blysk
ognia na ramie zmijowej harfy - przed paleniskiem bawi sie malenka
dziewczynka, ktora przedksiezycowi nazwa Thornveiin, a
smiertelnicy beda przeklinac we wszystkich Krainach Wewnetrznego
Morza. Piesniarz spoglada na nia w zadumie, wydobywajac ze strun
przeciagle, jekliwe dxwieki piesni o Szalonej Ptaszniczce.
A potem znowu: zapach jablek, dxwiek harf. Wigilia Zarow w
prastarej uscieskiej cytadeli. Srebrzyste dzwoneczki smiechu wysokiej
Zwajki, ktorej lodx rozbila sie na podwodnych skalach w
Ciesninach Wieprzy. Trzej harfiarze pochylaja sie w uklonie az do
samej posadzki - kazdy z nich jest zmijem, lecz tego wieczoru graja
tylko dla dziewczyny o zlotorudych wlosach, ktorej matka byla
Iskra, mlodsza siostra bogow, i przemierzala bezdroza polnocy w
kohorcie Org Ondrelssena Od Lodu. Niepomna na swary miedzy Wyspami
Zwajeckimi i Zalnikami - bo nad Ciesninami Wieprzy wojna jedynie
przygasa, by z wiosna rozzarzyc sie na nowo - corka Iskry wznosi
toast za kunszt zmijowych harfiarzy, zas brzek rozbijanych kielichow
uderza az pod powale. W trzy miesiace poxniej zalnicki kniax
poslubi jaw wielkiej sali rdestnickiej cytadeli, a wszystkie zmijowe
harfy zagraja zgodnym tonem.
Zarzyczka znow opuscila wzrok na plac. To nie jest moj karnawal,
pomyslala ze strachem. Swiat zatoczyl wielki krag, aby corka
zalnickich kniaziow mogla spotkac odlegla dziedziczke krwi Iskry
w najwieksze swieto Krain Wewnetrznego Morza. Jednak nie bylo
piesni zmijowych harf, tylko wrzaski pospolstwa na placu pomiedzy
kupieckimi kamienicami. Za Smiercia bowiem wtoczyl sie chlopski
wozek. Zwyczajna dwukolka, lecz zamiast wolow ciagnely ja trzy
pary wielkich, opaslych wieprzy. Zas na wozku pietrzyla sie sterta
nagich, nieruchomych cial, posrodku ktorych zatknieto choragiew ze
szczerzacym zeby szczurakiem.
Kiedy woz dotarl na srodek rynku, sposrod trupow wyprysnal
kolejny przebieraniec - drobny stwor porosniety siwa sierscia. W
gebie trzymal ludzkie ramie, a szyje mial owinieta krwawymi
strzepami, ktore bardzo przypominaly wnetrznosci.
Ktos zaczal straszliwie wrzeszczec.
Karzel wybuchnal smiechem i splunal prosto w wozek.
- Z Wezymordem jest inaczej - odezwala sie wiedxma i Zarzyczce
zrobilo sie niedobrze. Po tym, co uslyszala i zobaczyla, nie
chciala zglebiac historii Wezymorda. - On nigdy nie pragnal
ksztaltu sorelek, tylko ich niesmiertelnosci i ich mocy, a wspierala
go cala potega Zird Zekruna. Nie wiem, skad w nim tyle sily. Bo on
za kazdym razem, kazdego roku na nowo przechodzi przez wlasna
smierc. I coraz bardziej oddala sie od ludzkiego plemienia...
Teraz Zarzyczka miala go wyraxnie przed oczami: blekitne xrenice i
sposob, w jaki spogladal na Wewnetrzne Morze. To musi go wzywac,
pomyslala, zew sorelek i otwartego oceanu.
Ale byl rowniez pirat, ktory kazal obnosic glowe jej ojca
wokol plonacego Rdestnika.
- Skad wiecie podobne rzeczy? - spytala wreszcie.
- Slyszalas przeciez o wiedxmach, ksiezniczko - odparla Szarka.
- Fea Flisyon wezwala mnie na Traganke - zaznaczyla powaznie
wiedxma. - Zaprosila.
- A wy? Bo coraz mniej wierze w odnaleziona corke Suchywilka.
- Prawda - usmiechnela sie. - Ojcowie nie odnajduja zagubionych
corek, ksiezniczko, nie w tym swiecie ani w zadnym innym. Moze
byloby lepiej, gdybym to zmilczala, lecz zdaje mi sie, ze kiedys
mozesz potrzebowac tej wiedzy, aby wytargowac swoje zycie. Nie
bede walczyc dla twojego brata o splachetek ladu, ktory uwaza za
swoje dziedzictwo. Ani dla Delajati, cokolwiek zamysla. W tym miejscu
noce sa czerwone, a przedksiezycowi goruja nad smiertelnikami i
nic nie jest takie, jak byc powinno. Jednak nie pozwole, aby
ktokolwiek: Koxlarz, Wezymord czy sam Zird Zekrun wbrew mej woli
popchnal mnie w jakas strone. Bo przeszlam bardzo dluga droge i
zabijalam wczesniej przedksiezycowych. I nawet gdybym nie zdolala
tego dopiac - dodala - a najpewniej tak wlasnie bedzie, bowiem
jestem w obcym kraju, zas stare obietnice traca moc z dala od miejsca,
gdzie je przyrzeczom... Wiec, nawet gdybym nie zdolala tego dopiac,
sa jeszcze inne rzeczy, ktore ida za mna.
Kto wie, pomyslala gorzko Zarzyczka, moze naprawde moglaby to
uczynic? Kto wie, jak daleko siega moc Iskry? Jednak poza wszystkim
jest legenda. Legenda polnocy o mlodszej siostrze bogow, ktora
ongis rzucila wyzwanie wszelkim mocom i wyrzekla sie
niesmiertelnosci. Byc moze starczy, aby rudowlosa corka Suchywilka
- nawet jesli nie jest jego corka - krzyknela, a Morze Wewnetrzne
pobieleje od zagli. Jesli wzniesie choragiew Selli i obieca im
wyprawe, zbiegna sie do niej jak wilcy do scierwa, zbiegna sie z
calej polnocy. Z Wysp Zwajeckich, z Sinoborza, z pirackiej Skwarny,
nawet z samego Pomortu. Dosc, aby krzyknela, a pojda za nia,
chocby przeciwko Zird Zekrunowi - jakby polnoc wciaz byla mloda,
a zreby Pomortu lezaly na dnie morskim. Tyle, ze od tamtych czasow
wszystko sie odmienilo. Zgubily sie sciezki do xrodla zywej
wody, umilkly zmijowe harfy, zas legendy nie chadzaja wiecej
pomiedzy smiertelnikami.
- Chcialabym - powiedziala bezwiednie Zarzyczka - zeby powrocili
zmijowie. Chcialabym, zeby wszystko bylo jak kiedys. Zwyczajnie.
Jak nalezy.
W dole, wsrod ustrojonego na zolto i zloto pochodu patnikow
rozlegly sie gniewne pokrzykiwania. Posrodku tlumu, pewnie na
szczudlach, bowiem wyrastal o cztery glowy nad pospolitego
czlowieka, kroczyl dziwaczny stwor. Brunatna suknia opadala mu az
do ziemi, a plaszcz mial przybrany strzepami ciemnego kroliczego
futerka. Nosil maske, wykrzywiona w paskudnym usmiechu twarz
szczuraka, przez ramie przewiesil girlande z ludzkich glow. W rece
trzymal wielki wiklinowy kosz i raz po raz przystawal, by rzucic w
tlum ciezkie peta kielbasy albo krwawej kiszki.
Zarzyczka uslyszala jego krzyk.
- Mieso, ludzkie mieso! - krzyczal przebrany za szczuraka dziwolag.
- Za dwa miedziaki udziec, za miedziaka zeberka. Kupujcie, dobrzy
ludzie, kupujcie! Ludzkie mieso!
- Moje dziecko! - zawyla niewiasta w czerwonej spodnicy. - Moje
dziecko!
Ci, co blizej stali i mieli rozeznanie w spichrzanskich
znakomitosciach, wiedzieli, ze to miejscowa wariatka, ktora ponoc
utopila dzieciaka w Psim Wykrocie, a teraz glosno nawolywala go po
rynkach. Ale nie byl to sposobny moment na tlumaczenia, bowiem ledwo
wrzask przebrzmial, czyjes rece podsadzily niewiaste w czerwonej
spodnicy na jedna z platform niesionych w pochodzie. Przestraszona,
poczela jeszcze donosniej zawodzic, zas stojacy po obu stronach
goscinca gapie pokazywali ja sobie ze wspolczuciem i strachem,
powtarzajac: „Oto bialoglowa, ktorej dzieciatko zarzneli
szczuracy".
Tymczasem procesja szla coraz dalej przez miasto, swiatynnym
goscincem ku wiezy Nur Nemruta Od Zwierciadel. Na czele pochodu
niesiono pradawna choragiew z wizerunkiem zmija. A dalej, o wiele
dalej, szedl dziad o twarzy obwiazanej szmatami, ktory glosno
krzyczal o kaplanskim przeniewierstwie i o tym, jak podejmowano
zwierzolakow w swiatyni Sniacego.






Top
 Profile
 
Post new topic Reply to topic  [ 1 posts ] 




 Topics   Author   Replies   Views   Last post 
No new posts "Zmijowa Harfa" (18/18)

redak

0

0

2010-02-01 17:30:53


Who is online

Users browsing this forum: Agata Rabska,********@******.** (KEL),Tomasz Ciaszczyk, prezenty and 5 guests


New posts New posts    No new posts No new posts    Announce Announcement
New posts [ Popular ] New posts [ Popular ]    No new posts [ Popular ] No new posts [ Popular ]    Sticky pozycjonowanie
New posts [ Locked ] New posts [ Locked ]    No new posts [ Locked ] No new posts [ Locked ]    Moved topic Moved topic
You can post new topics in this forum
You can reply to topics in this forum
You cannot edit your posts in this forum
You cannot delete your posts in this forum
You cannot post attachments in this forum

Powered by phpBB © 2000, 2002, 2005, 2007 phpBB Group - Pozycjonowanie